Kocham ten nius:
Dyskretnie wynieśli z budowy... 30-tonowy dźwig
Złodzieje wynieśli w weekend ze strzeżonego placu budowy na Okęciu 30-tonowy dźwig - podaje Radio Zet.
Maszyna warta jest warta ok. miliona złotych. - Prawdopodobnie ktoś wywiózł dźwig na na lawecie - opowiada Radiu ZET właściciel maszyny Ryszard Jankowski.
Maszyna jest jaskrawożółta, wygląda jak nowa. Ma zasięg niemal 50 metrów, czyli na wysokość 16. piętra - czytamy.
znów gazeta.pl
poniedziałek, 8 marca 2010
poniedziałek, 1 marca 2010
evolve nie ewoluowalo
Moja biblioteka muzyczna zwana evolvemusic umarła. Mimo tego, że ciągłym strumieniem docierają do mnie hektolitry świetnej muzyki, zdecydowałem że kontynuacja projektu zwyczajnie nie ma sensu. Poza tym jakieś pieprzone DMCA mnie goniło za wstawienie klasyka "Among the Living" Anthrax. A głównym powodem było to, że zainteresowanie było na poziomie zerowym, choć było znacznie lepiej, niż tutaj.
W każdym bądź razie, jeśli komuś jeszcze przyjdzie do głowy chęć skorzystania z moich zasobów muzycznych, musi do mnie podbijać w jakiś inny sposób. Myślę, że tędy też da radę.
W każdym bądź razie, jeśli komuś jeszcze przyjdzie do głowy chęć skorzystania z moich zasobów muzycznych, musi do mnie podbijać w jakiś inny sposób. Myślę, że tędy też da radę.
wtorek, 9 lutego 2010
Rosja: Wykładowca muzyki skatowany i okradziony przez milicję
Gazeta.pl:
autor: tan
62-letni profesor Siergiej Biełogłazow, wykładowca w konserwatorium muzycznym w Jekaterynburgu, został napadnięty i ciężko pobity przez milicjantów w samym centrum miasta - donoszą rosyjskie media. Szanowany artysta został na tyle dotkliwie pobity, że - jak donosi portal newsru - nie będzie mógł już grać na fortepianie, bo stracił czucie w ręce.
Biełogłazow, który jest profesorem katedry fortepianu na Uralskim Konserwatorium Państwowym imienia M. Musorgskiego, wracał do domu, będąc - jak podkreślają rosyjskie media - "przyzwoicie ubranym i trzeźwym". Został przez milicjanta poproszony o okazanie dokumentów, których nie miał. Milicjant kazał mu więc iść za sobą. Gdy zapytał mundurowego jaka jest przyczyna legitymowania, otrzymał cios w nogi, po którym upadł. Milicjant wyciągnął pałkę i bił leżącego fortepianistę po plecach i głowie, a także - co okazało się najgorsze w skutkach - po rękach. - Nurgałijew(minister spraw wewnętrznych Rosji - przyp. red.) ci nie pomoże, psie - krzyczał mundurowy.
Dotkliwie pobitego muzyka milicjant skuł w kajdanki i zawiózł na komisariat, w międzyczasie zabierając mu gotówkę i telefon komórkowy.
Następnie był przesłuchiwany. Usłyszał, że jeśli się poskarży komukolwiek, zabiją go. Wypuszczony, Biełogłazow pojechał do domu i zadzwonił na komisariat w innym rejonie miasta, chcąc złożyć doniesienie, którego jednak nie przyjęto.
Nie zrezygnował i pojechał do biura prokuratora, który zlecił obdukcję. Ta wykazała częściowy paraliż; z pewnością muzyk nie będzie w stanie wykonywać swojego zawodu. Obecnie znajduje się pod opieką neurologa, który sprawdza jakie jeszcze szkody poniósł w wyniku pobicia.
RIA-Novosti donosi, że sprawą zajął się już wydział wewnętrzny milicji.
Rosja żyje skandalami związanymi z przestępczością w samej milicji od miesięcy. Temat został podniesiony przez majora Aleksieja Dymowskiego, który dał przykład swoim naśladowcom, nagrywając i umieszczając na portalu YouTube swoją spowiedź. Na filmie opowiada o korupcji, podrabianiu dowodów, wrabianiu niewinnych ludzi i innych nieprawidłowościach wewnątrz służby. Dymowski, który został okrzyknięty bohaterem rosyjskiego internetu, za swoje słowa trafił do więzienia.
Maciej Maleńczuk bodajże powiedział kiedyś, że artyści powinni mieć przywileje i być traktowani w specjalny sposób i dostał zjeby
autor: tan
62-letni profesor Siergiej Biełogłazow, wykładowca w konserwatorium muzycznym w Jekaterynburgu, został napadnięty i ciężko pobity przez milicjantów w samym centrum miasta - donoszą rosyjskie media. Szanowany artysta został na tyle dotkliwie pobity, że - jak donosi portal newsru - nie będzie mógł już grać na fortepianie, bo stracił czucie w ręce.
Biełogłazow, który jest profesorem katedry fortepianu na Uralskim Konserwatorium Państwowym imienia M. Musorgskiego, wracał do domu, będąc - jak podkreślają rosyjskie media - "przyzwoicie ubranym i trzeźwym". Został przez milicjanta poproszony o okazanie dokumentów, których nie miał. Milicjant kazał mu więc iść za sobą. Gdy zapytał mundurowego jaka jest przyczyna legitymowania, otrzymał cios w nogi, po którym upadł. Milicjant wyciągnął pałkę i bił leżącego fortepianistę po plecach i głowie, a także - co okazało się najgorsze w skutkach - po rękach. - Nurgałijew(minister spraw wewnętrznych Rosji - przyp. red.) ci nie pomoże, psie - krzyczał mundurowy.
Dotkliwie pobitego muzyka milicjant skuł w kajdanki i zawiózł na komisariat, w międzyczasie zabierając mu gotówkę i telefon komórkowy.
Następnie był przesłuchiwany. Usłyszał, że jeśli się poskarży komukolwiek, zabiją go. Wypuszczony, Biełogłazow pojechał do domu i zadzwonił na komisariat w innym rejonie miasta, chcąc złożyć doniesienie, którego jednak nie przyjęto.
Nie zrezygnował i pojechał do biura prokuratora, który zlecił obdukcję. Ta wykazała częściowy paraliż; z pewnością muzyk nie będzie w stanie wykonywać swojego zawodu. Obecnie znajduje się pod opieką neurologa, który sprawdza jakie jeszcze szkody poniósł w wyniku pobicia.
RIA-Novosti donosi, że sprawą zajął się już wydział wewnętrzny milicji.
Rosja żyje skandalami związanymi z przestępczością w samej milicji od miesięcy. Temat został podniesiony przez majora Aleksieja Dymowskiego, który dał przykład swoim naśladowcom, nagrywając i umieszczając na portalu YouTube swoją spowiedź. Na filmie opowiada o korupcji, podrabianiu dowodów, wrabianiu niewinnych ludzi i innych nieprawidłowościach wewnątrz służby. Dymowski, który został okrzyknięty bohaterem rosyjskiego internetu, za swoje słowa trafił do więzienia.
Maciej Maleńczuk bodajże powiedział kiedyś, że artyści powinni mieć przywileje i być traktowani w specjalny sposób i dostał zjeby
niedziela, 31 stycznia 2010
dużodużodużowódki
gazeta.pl donosi:
W Rosji urodziny wódki. Jak będą świętować?
Rosja obchodzi rocznicę naukowego zdefiniowania produkcji wódki. 145 lat temu Dmitrij Mendelejew obronił rozprawę doktorską zatytułowaną "O połączeniu spirytusu z wodą".
Wódkę w Rosji produkowano znacznie wcześniej. Jednak cześć uczonych obronę rozprawy doktorskiej Mendelejewa traktuje właśnie jako datę powstania "klasycznego rosyjskiego napoju o zawartości 40 procent alkoholu". Media zwracają uwagę, że w Rosji na przestrzeni wieków istniało różne podejście do wódki.
Dziś alkohol ten jest niemal jednym z symboli Rosji, razem z kawiorem, bałałajką i samowarem. W ostatnich latach najwyższe władze państwowe i medycy nawołują do zmniejszenia spożycia alkoholu przez Rosjan. Od nowego roku wprowadzono minimalną cenę na wódkę, ustalając ją na poziomie 89 rubli, czyli około 9 zł za pół litra trunku o klasycznej zawartości alkoholu.
dżek, IAR

Tymczasem Mistrz Naumatorrr przygotowuje się do świętowania oblania bądź zaliczenia egzaminu z wszystkiego. Jako, że Mistrz Naumatorrr jest Europejczykiem i sympatyzuje z zachodem, na stole postawi przysmak ze Szkocji.
W Rosji urodziny wódki. Jak będą świętować?
Rosja obchodzi rocznicę naukowego zdefiniowania produkcji wódki. 145 lat temu Dmitrij Mendelejew obronił rozprawę doktorską zatytułowaną "O połączeniu spirytusu z wodą".
Wódkę w Rosji produkowano znacznie wcześniej. Jednak cześć uczonych obronę rozprawy doktorskiej Mendelejewa traktuje właśnie jako datę powstania "klasycznego rosyjskiego napoju o zawartości 40 procent alkoholu". Media zwracają uwagę, że w Rosji na przestrzeni wieków istniało różne podejście do wódki.
Dziś alkohol ten jest niemal jednym z symboli Rosji, razem z kawiorem, bałałajką i samowarem. W ostatnich latach najwyższe władze państwowe i medycy nawołują do zmniejszenia spożycia alkoholu przez Rosjan. Od nowego roku wprowadzono minimalną cenę na wódkę, ustalając ją na poziomie 89 rubli, czyli około 9 zł za pół litra trunku o klasycznej zawartości alkoholu.
dżek, IAR

Tymczasem Mistrz Naumatorrr przygotowuje się do świętowania oblania bądź zaliczenia egzaminu z wszystkiego. Jako, że Mistrz Naumatorrr jest Europejczykiem i sympatyzuje z zachodem, na stole postawi przysmak ze Szkocji.
środa, 20 stycznia 2010
kacze ryje
caaaaaaaaaaaaały świat jest pełen debili i infantylnych kretynów.
całe szczęście gdzieś w bunkrach kryją się jeszcze normalni ludzie.
STOP MAKING THAT DUCKFACE!
całe szczęście gdzieś w bunkrach kryją się jeszcze normalni ludzie.
STOP MAKING THAT DUCKFACE!
sobota, 9 stycznia 2010
O w pytąga...!
Dla zaznajomionych z ingliszem:
Roadburn Festival 2010 sold out in 30 minutes; Afterburner in about 8 minutes
We’re thrilled to announce that Roadburn Festival 2010 sold out in just 30 minutes. Needless to say, we’re speechless. After last years ticket mayhem, and raising the ticketprice from € 99 to € 145 for Roadburn 2010, we didn’t expect this to happen, and certainly not in 30 minutes. The same goes for the Afterburner, which sold out in a mere 8 minutes. Most of the tickets went to our true fans instead of scalpers and touts.
Takie oświadczenie wydali 8 grudnia (sic!) organizatorzy holenderskiego Roadburn Festival. Jak by kto nie wiedział, a pewnie nie wie, to impreza jest już właściwie legendarna w półświatku stonerowo-doomowo-progresywno-artrockowo-sludge'owo-drone'owym. Czyli najcięższe z najcięższych, można by powiedzieć. Wyprzedane w pół godziny! Dżizas.
Całe szczęście festiwal jest tak zajebisty, że zdecydowaną większość setów można sobie odsłuchać na stronie internetowej. Znajdźcie sobie zatem i zrozumcie, o czym mówię!
W tym roku jak zwykle Roadburn funduje skład powalający na kolana. Na chwilę obecną impreza wygląda tak:
15 kwietnia
Scena główna:
Goatsnake, Enslaved, Eyehategod, Kylesa, YOB, Jarboe
MIDI Theatre:
Shining (NO), Monkey 3
Green Room:
Ancestors, Outlaw Order, Sons of Otis, Mouth of the Architect, Firebird, Troubled Horse, Monarch!
Bat Cave:
Magnus Pellander, Eagle Twin, Oresund Space Collective, Bong, The Wounded Kings, Night Horse
16 kwietnia
Scena główna:
Dream of an Opium Eater
MIDI Theatre:
Comus, Church of Misery, Master Musicians of Bukkake, Karma to Burn, Death Row
Only Death is Real (impreza pod patronatem Toma Gabriela Warriora, lidera Helhammer i Celtic Frost - 17 kapel zaproszonych osobiście przez niego samego) - 16 kwietnia
Scena główna:
Tryptikon, Thorr's Hammer, Sarke, Jesu, Trinacria
Green Room:
Bohren & der Club of Gore, Evoken, Pagan Altar, Valborg, Witchfynde
Bat Cave:
Suma, Long Distance Calling, Serpentcult, Shever, Noneuclid
17 kwietnia
Scena główna:
Enslaved & Shining (NO) jako Armageddon Concerto, John Garcia, Shrinebuilder, Candlemass, Nachtmystium
MIDI Theatre:
YOB, Brant Bjork & the Bros, Sons of Otis, Astra, Jex Thoth
Green Room:
Fatso Jetson, The Gates of Slumber, Altar of Plagues, Moss, Yakuza, Los Natas
Bat Cave:
Ahkmed, Horisont, The Lamp of Thoth, Black Math Morseman, Totimoshi
Zakończenie festiwalu, czyli Afterburner:
Graveyard, Dixie Witch, Soilent Green, Sourvein, House of the Broken Promises
Kurde, gdzieś tam po cichutku marzyłem, żeby może pojechać... ale zamieniłem na Wielką Czwórkę. Może w przyszłym roku.
Właśnie, kupiłem już bilet na polską edycję Sonisphere. Też nie byle co: Metallica, Slayer, Anthrax, Megadeth, Mastodon, Behemoth. Mam cichą nadzieję, że dodadzą coś jeszcze.
Rokendroll się kręci, ludzie...
A wczoraj były 75 urodziny Króla Elvisa!
Roadburn Festival 2010 sold out in 30 minutes; Afterburner in about 8 minutes
We’re thrilled to announce that Roadburn Festival 2010 sold out in just 30 minutes. Needless to say, we’re speechless. After last years ticket mayhem, and raising the ticketprice from € 99 to € 145 for Roadburn 2010, we didn’t expect this to happen, and certainly not in 30 minutes. The same goes for the Afterburner, which sold out in a mere 8 minutes. Most of the tickets went to our true fans instead of scalpers and touts.
Takie oświadczenie wydali 8 grudnia (sic!) organizatorzy holenderskiego Roadburn Festival. Jak by kto nie wiedział, a pewnie nie wie, to impreza jest już właściwie legendarna w półświatku stonerowo-doomowo-progresywno-artrockowo-sludge'owo-drone'owym. Czyli najcięższe z najcięższych, można by powiedzieć. Wyprzedane w pół godziny! Dżizas.
Całe szczęście festiwal jest tak zajebisty, że zdecydowaną większość setów można sobie odsłuchać na stronie internetowej. Znajdźcie sobie zatem i zrozumcie, o czym mówię!
W tym roku jak zwykle Roadburn funduje skład powalający na kolana. Na chwilę obecną impreza wygląda tak:
15 kwietnia
Scena główna:
Goatsnake, Enslaved, Eyehategod, Kylesa, YOB, Jarboe
MIDI Theatre:
Shining (NO), Monkey 3
Green Room:
Ancestors, Outlaw Order, Sons of Otis, Mouth of the Architect, Firebird, Troubled Horse, Monarch!
Bat Cave:
Magnus Pellander, Eagle Twin, Oresund Space Collective, Bong, The Wounded Kings, Night Horse
16 kwietnia
Scena główna:
Dream of an Opium Eater
MIDI Theatre:
Comus, Church of Misery, Master Musicians of Bukkake, Karma to Burn, Death Row
Only Death is Real (impreza pod patronatem Toma Gabriela Warriora, lidera Helhammer i Celtic Frost - 17 kapel zaproszonych osobiście przez niego samego) - 16 kwietnia
Scena główna:
Tryptikon, Thorr's Hammer, Sarke, Jesu, Trinacria
Green Room:
Bohren & der Club of Gore, Evoken, Pagan Altar, Valborg, Witchfynde
Bat Cave:
Suma, Long Distance Calling, Serpentcult, Shever, Noneuclid
17 kwietnia
Scena główna:
Enslaved & Shining (NO) jako Armageddon Concerto, John Garcia, Shrinebuilder, Candlemass, Nachtmystium
MIDI Theatre:
YOB, Brant Bjork & the Bros, Sons of Otis, Astra, Jex Thoth
Green Room:
Fatso Jetson, The Gates of Slumber, Altar of Plagues, Moss, Yakuza, Los Natas
Bat Cave:
Ahkmed, Horisont, The Lamp of Thoth, Black Math Morseman, Totimoshi
Zakończenie festiwalu, czyli Afterburner:
Graveyard, Dixie Witch, Soilent Green, Sourvein, House of the Broken Promises
Kurde, gdzieś tam po cichutku marzyłem, żeby może pojechać... ale zamieniłem na Wielką Czwórkę. Może w przyszłym roku.
Właśnie, kupiłem już bilet na polską edycję Sonisphere. Też nie byle co: Metallica, Slayer, Anthrax, Megadeth, Mastodon, Behemoth. Mam cichą nadzieję, że dodadzą coś jeszcze.
Rokendroll się kręci, ludzie...
A wczoraj były 75 urodziny Króla Elvisa!
niedziela, 3 stycznia 2010
a mówią, że kupowanie w Lidlu to nie luksus...
Przytaczam za gazeta.pl:
Heroina w kartonach z bananami w Lidlu w Madrycie
Najprawdopodobniej przez pomyłkę organizacja handlarzy narkotyków pozwoliła, aby do sieci sklepów Lidl w Madrycie dostały się paczki z heroiną. Narkotyki były ukryte w kartonach z importowanymi bananami.
Owoce przywieziono do supermarketów Lidl w sobotę, z magazynów hurtowego rynku żywności Mercamadrid.
Wszystkie supermarkety Lidla otrzymały po kilka kartonów z bananami. Ku zdumieniu sprzedawców, na dnie odkryto podejrzane paczki. Jak się okazało, była to sprasowana heroina.
Powiadomiona policja znalazła w sobotę 25 kg narkotyków. W niedzielę poszukiwania trwały.
- Nigdy dotąd nie zdarzyło się coś podobnego - powiedziała jedna ze sprzedawczyń Lidla. - Przyjechała policja i skierowała się prosto do kartonów z bananami. Wyrzuciła wszystkie na zewnątrz i przeszukała.
Policja zwróciła się do konsumentów o zachowanie spokoju, gdyż wszystkie dystrybuowane w sobotę banany zostały wycofane ze sprzedaży w sklepach Lidla.
Heroina w kartonach z bananami w Lidlu w Madrycie
Najprawdopodobniej przez pomyłkę organizacja handlarzy narkotyków pozwoliła, aby do sieci sklepów Lidl w Madrycie dostały się paczki z heroiną. Narkotyki były ukryte w kartonach z importowanymi bananami.
Owoce przywieziono do supermarketów Lidl w sobotę, z magazynów hurtowego rynku żywności Mercamadrid.
Wszystkie supermarkety Lidla otrzymały po kilka kartonów z bananami. Ku zdumieniu sprzedawców, na dnie odkryto podejrzane paczki. Jak się okazało, była to sprasowana heroina.
Powiadomiona policja znalazła w sobotę 25 kg narkotyków. W niedzielę poszukiwania trwały.
- Nigdy dotąd nie zdarzyło się coś podobnego - powiedziała jedna ze sprzedawczyń Lidla. - Przyjechała policja i skierowała się prosto do kartonów z bananami. Wyrzuciła wszystkie na zewnątrz i przeszukała.
Policja zwróciła się do konsumentów o zachowanie spokoju, gdyż wszystkie dystrybuowane w sobotę banany zostały wycofane ze sprzedaży w sklepach Lidla.
sobota, 2 stycznia 2010
wtorek, 8 grudnia 2009
Here's to you, brother Dime!
5 lat temu zamordowany został Dimebag Darrel. Człowiek-legenda, bez którego muzyczny świat nie byłby dziś taki sam. Jednocześnie postać nietuzinkowa, prawdziwy południowiec ceniący honor i przyjaźń. Odszedł śmiercią prawdziwego rock'n'rollowca - na scenie, podczas koncertu.
Toast za ciebie, bracie Dime, za inspirację, energię i metal!
Toast za ciebie, bracie Dime, za inspirację, energię i metal!
poniedziałek, 5 października 2009
czwartek, 3 września 2009
Radio - etap II
Strona się jeszcze robi, czyli Radio Centrala nie ma jeszcze twarzy, ale ma już mowę i słuch:
mianowicie jeśli klikniesz tutaj to usłyszysz, co do Ciebie gada.
Póki co, tylko autopilot. Ale gra. Enjoy.
mianowicie jeśli klikniesz tutaj to usłyszysz, co do Ciebie gada.
Póki co, tylko autopilot. Ale gra. Enjoy.
środa, 2 września 2009
Radio - etap I
Etap I zakończony.
Pomieszczenie wygląda na razie jak zwykła kanciapa, sprzęt to jakieś rzuty z dziekanatów. Na część gadżetów jeszcze czekamy - jadą dehaelem albo czymś. Serwer stoi, linka jeszcze nie podaję, bo nic tam nie ma. Autopilot i strona się robią. ZAIKS czeka.

Pokrętła
Kable
Windows XP
Burdell
Burdell
Kolumny Unitra są starsze ode mnie
Śniadanie mistrzów
Stanowisko
Stanowisko
Dolina Krzemowa
Praca wre
Pomieszczenie wygląda na razie jak zwykła kanciapa, sprzęt to jakieś rzuty z dziekanatów. Na część gadżetów jeszcze czekamy - jadą dehaelem albo czymś. Serwer stoi, linka jeszcze nie podaję, bo nic tam nie ma. Autopilot i strona się robią. ZAIKS czeka.
Pokrętła
niedziela, 16 sierpnia 2009
Stoner PL
Dla własnych potrzeb muszę tu zgromadzić kilka nazw kapel, z którymi powinniście się zapoznać, bo ja znam. Wszystkie to wypasiony stoner rock, wszystkie rodem z Polski, co ważne. Enjoy.
Bullshit Baby - polecam debiutancką płytkę "Bullshit Baby", właśnie się ukazała.
Elvis Deluxe - w undergroundzie nie od dziś, a tylko jedna płytka na koncie.
Soulburners - nasze własne Motorhead. Na koncie jeden krążek, epka w drodze.
Corruption - prekursorzy stonerowego grania w Polszczy. Płyt tyle, że hoho, łącznie z black metalowymi.
Heavy Weather - klasyczne brzmienie ze Śląska.
Muerte - cicha woda z Warszawy, a muzyka pierwsza klasa!
Full Blackstone - wysmakowany stoner jedyny w swoim rodzaju.
Snake Thursday - punkowa werwa w brudnym wydaniu. Na koncie debiut.
Vagitarians - najbrudniejsza z brudnych odsłona brudnego rocka.
Jack Daniels Overdrive - metalowa odsłona południowego stylu życia. Na koncie epka, lp w drodze.
Menace - sami się nie przyznają, ale mają w sobie pustynię.
Black River - pierdolona supergrupa, czyli jak spopularyzować stoner. Debiutancki bestseller na półkach od dawna, następca w drodze.
Luna Negra - Kyuss spotyka Unidę pod Warszawą. Soundproof Demo hula od jakiegoś czasu.
Fifty Foot Woman - kapitalna muzyczna wyobraźnia i masa przestrzeni.
Palm Desert - ci goście to dla mnie już klasyka, "Dawn of the Burning Sun" to musiszmieć, w drodze "The Highest Fuel Level".
Oregano Chino - trochę psychodelii i jeszcze więcej słońca.
Ta pedalska lista powstała po to, żebym wiedział i pamiętał, czego szukać, jeśli przeczytałeś - Twój błąd.
ALE, jeśli już rzeczywiście dobrnąłeś do tego momentu, to poklikaj jeszcze na te adresy myspace, posłuchaj, popodziwiaj, napij się i przyjedź ze mną zakładać stonerowy band, bo NIKT KURWA NIE CHCE!
Bullshit Baby - polecam debiutancką płytkę "Bullshit Baby", właśnie się ukazała.
Elvis Deluxe - w undergroundzie nie od dziś, a tylko jedna płytka na koncie.
Soulburners - nasze własne Motorhead. Na koncie jeden krążek, epka w drodze.
Corruption - prekursorzy stonerowego grania w Polszczy. Płyt tyle, że hoho, łącznie z black metalowymi.
Heavy Weather - klasyczne brzmienie ze Śląska.
Muerte - cicha woda z Warszawy, a muzyka pierwsza klasa!
Full Blackstone - wysmakowany stoner jedyny w swoim rodzaju.
Snake Thursday - punkowa werwa w brudnym wydaniu. Na koncie debiut.
Vagitarians - najbrudniejsza z brudnych odsłona brudnego rocka.
Jack Daniels Overdrive - metalowa odsłona południowego stylu życia. Na koncie epka, lp w drodze.
Menace - sami się nie przyznają, ale mają w sobie pustynię.
Black River - pierdolona supergrupa, czyli jak spopularyzować stoner. Debiutancki bestseller na półkach od dawna, następca w drodze.
Luna Negra - Kyuss spotyka Unidę pod Warszawą. Soundproof Demo hula od jakiegoś czasu.
Fifty Foot Woman - kapitalna muzyczna wyobraźnia i masa przestrzeni.
Palm Desert - ci goście to dla mnie już klasyka, "Dawn of the Burning Sun" to musiszmieć, w drodze "The Highest Fuel Level".
Oregano Chino - trochę psychodelii i jeszcze więcej słońca.
Ta pedalska lista powstała po to, żebym wiedział i pamiętał, czego szukać, jeśli przeczytałeś - Twój błąd.
ALE, jeśli już rzeczywiście dobrnąłeś do tego momentu, to poklikaj jeszcze na te adresy myspace, posłuchaj, popodziwiaj, napij się i przyjedź ze mną zakładać stonerowy band, bo NIKT KURWA NIE CHCE!
sobota, 1 sierpnia 2009
HunterFest 2009
HunterFest się odbył i odbył się ostatni raz. Nie chce mi się pisać dlaczego, weźcie sobie i sprawdźcie w Internecie. Ja dla ułatwienia zamieszczam własną relację z portalu WolnaChata.com:
HunterFest 2009
To, co się zdarzyło na lotnisku w Szymanach, zapewne znajdzie się w książkach opisujących historię muzyki metalowej w Polsce. Takiego festiwalu jeszcze nie było i miejmy nadzieję, że już nie będzie. Zapraszam na (w miarę) dokładną relację z mojej podróży na HunterFest 2009.
Wchodziłem na stronę internetową festiwalu regularnie i dostawałem wypieków na policzkach patrząc na program imprezy. Machine Head i Arch Enemy, czyli totalna rozwałka na początek, drugiego dnia mistyczne show Huntera, wielki powrót Flapjack i mrok Tiamat, na zakończenie Vader, Tarja, Acid Drinkers i Motorhead. Kapitalnie! Pakujemy więc manatki i jedziemy.
Prolog – środa, 22.07.09
Dworzec kolejowy Gdańsk Wrzeszcz, godzina 11 z groszami. Pociąg pospieszny, jedziemy we dwóch (pozdrowienia i podziękowania za towarzystwo dla mojego kompana Maćka!). Namiejsca siedzące nie liczymy, ale przecież nie jedziemy na festiwal dla luksusów. Po kilku godzinach podróży spokojnej aż nadto wysiadamy w Olsztynie, żeby zobaczyć scenę co najmniej zaskakującą: jakieś 200 osób obładowanych bagażami próbuje dostać się do pociągu do Szczytna – pociągu składającego się z lokomotywy i jednego wagonu! Zdążyliśmy już zrezygnować z prób wejścia na pokład pociągu, kiedy okazało się, że miejscowe PKP ma łeb na karku i dojechało kilka dodatkowych wagonów. Spoko – myślimy – dobry początek. Po niecałej godzinie wysiedliśmy na obskurnym dworcu w Szczytnie. Orientacja w przestrzeni – musimy się dostać do wsi Szymany. Ktoś coś mówił o festiwalowych autobusach? Mit jakiś. Na dworcu PKS w dziale informacja jakiś cwel był wielce zdziwiony, że go pytamy o autobus – widać tam się informacje zbiera, a nie udziela (miejscowa komórka wywiadu). Udało się dowiedzieć, że autobus odjeżdża dosłownie za kilka minut – pakujemy się, bilecik 3 złote. W tym miejscu poznajemy kolejnego kompana podróży – Tomka. Kierowca busa też wielce obrażony, że niektórzy muszą z bagażami wejść do środka, bo luk już pełen (nie pozwolił skorzystać z luku z lewej strony pojazdu). Refleksja – czy na Mazurach mieszkają jeszcze ludzie szczęśliwi? W Szymanach wysiadka a w moich rękach dziwnym trafem znajdują się dwa piwka. Do plecaka je i idziemy za kimś, kto zdaje się mieć pojęcie, gdzie idzie. Kilka kilometrów. Brama z napisem “Teren wojskowy. Wstęp wzbroniony” nie stanowi dla nas problemu. Idziemy przez las, po jakimś czasie pojawiają się strzałki, więc podążamy we wskazywanym przez nie kierunku. W końcu wychodzimy za lotnisko… Hektary patelni… Trawa i asfalt, nic więcej. Jacyś goście powolu rozstawiają ogrodzenie pola namiotowego, kilka namiotów już stoi. Stawiamy nasze obok i orientujemy się w sytuacji. Piwo – trza zamówić u koleżki, który jedzie do miasta. Żarcie – brak. Kible – brak. Prysznice – brak. Cokolwiek – brak. Sceny zwinięte do połowy – może pomyliliśmy dni? Pod wieczór przyjechały 2 namioty z żarciem, piciem i sympatycznymi dziewczynami sprzedającymi owe artykuły. Impreza zaczyna się powoli, dojeżdżają kolejne wycieczki. Na horyzoncie walą pioruny i błyska się, do nas deszczyk dociera po dobrych kilku godzinach. Jakiś naprany oszołom trzęsie ogrodzeniem i krzyczy “nienawidzę was ludzie! Co to za integracja! Boże, dlaczego mi to zrobiłeś!” – koleżka zostaje naszym faworytem, będziemy się z niego nabijać do końca imprezy. Deszcz zaczyna padać na dobre, nie dziwi nas to (jeszcze HunterFestu bez deszczu nie było), więc chowamy się do namiotów.
Dzień I – czwartek, 23.07.09
Słońce od rana piecze nas niemiłosiernie. Ludzie naprani permanentnie. Taki oto widok nas powitał, kiedy wywlekliśmy się z namiotów. Chleb z konserwą i piwo na początek, mycie zębów mineralną, siku do lasu. Potem znów piwo. I jeszcze jedno, a wszystkie ciepłe – lodówki nie działają, bo nie ma prądu. Od rana krążą plotki, że oprócz kapel konkursowych i Jelonka nic nie zagra. Nuda, słońce i takie wieści każą nam pić kolejne ciepłe piwa. Dobrym zajęciem okazało się obserwowanie poczynań trójki sióstr krzątających się w namiotach z żarciem. Aaaa, dojechała jeszcze budka z piwem z nalewaka, ale bez piwa. Za to wrzątek mieli – można było sobie zrobić kawę. Co jakiś czas trzeba było sobie zrobić spacerek do sympatycznej pary ochroniarzy na pogawędkę. Jakaś dziwka chce się chyba oddać za wódkę – powodzenia. Po jakimś czasie wjechały na teren festiwalu agregaty (ale bez benzyny), potem na polu namiotowym pojawiły się toi-toie oraz kontenery z prysznicami – wierzcie mi, żaden zespół nie dostał na wejście takiej owacji, jak kible. O którejśtam godzinie (już dawno po planowanym rozpoczęciu koncertu) gruchnęła wieść, że wymieniają karnety na opaski, więc stanęliśmy w kolejce. Dostaliśmy czarne szmatki na łapę – przynajmniej nie różowe. W tej kolejce okazało sie także, że czternastoletnie dziewczyny stojące przed nami są pełnoletnie i wolą starszych. Tak też poznaliśmy wesołą ekipę ze świrem Oszołomem na czele oraz piekielną Jarzębiną, która była podłączona do ogrodzenia (nie pytajcie o co chodzi). Łał, wpuszczają na teren festiwalu – idziemy, tam mają ciepłe jedzenie i zimne piwo. Ha, jest już dobrze. A tymczasem na małej scenie coś zaczyna się dziać – o ile pamiętam, pierwszy zagrał zespół Lido. Szacun, wyszli bez strachu, że wściekła publika ich zje i zagrali naprawdę dobry set. Metalcore’owe brzmienia i charyzmatyczny wokalista – to zapamiętam. Nie bardzo pamiętam, jakie konkrenie zespoły grały dalej, nie oczekujcie ode mnie dokładnej kolejności – zresztą, kogo kolejność obchodzi. At the Lake – cóż, nie obiecywałem sobie po nich wiele, ale dali radę – publika była naprawdę spragniona muzyki. At the Lake zaprezentowało swój sprawny gotycko-folkowy metal, choć nagłośnienie momentami pierdziało. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Neuronia – potężne brzmienie zahaczające śmiało o grind, sprawna maszyna koncertowa. Neuronia w tym momencie wskoczyła w mój notesik pod hasłem “koniecznie sprawdzić”. Kaatakilla – nieporozumienie. Kaatakilla to zespół widmo, nie widziałem nigdy żadnej płyty, żadnego demo, na żadnym plakacie (poza HunterFestem) logo zespołu nie rzuciło mi się w oczy. Dlaczego zatem organizator HF tak bardzo lansuje zespół na gwiazdę krajowego formatu? Kaatakilla zagrała koncert przeciętny, brak im charakteru i charakterystyczności. I tutaj nastąpiłby koniec (być może reszta zespołów konkursowych grała, ale nie widziałem lub nie utkwiły mi w pamięci), bo Jelonek również ponoć miał olać festiwal. Wróciliśmy do namiotu a potem z powrotem na pole festiwalowe, bo Pierwszy Skrzypek Polskiego Metalu jednak wyszedł na scenę. Ludzi mało, ale bawią się dobrze, bo Jelonek to koncertowe parzystokopytne zwierzę. Facet wychodzi na scenę i gra takie szoł, że najwięksi ortodoksi kłaniają się w pas. Po raz kolejny Michałowi Jelonkowi należą się brawa i szacunek. A w międzyczasie znów zaczął padać deszcz, więc w naszym namiocie znów kałuża. Znaleźliśmy dla niej praktyczne zastosowanie i chłodziliśmy w niej piwo.
Dzień II – piątek, 24.07.09
Nie, dziś też nic nie odbędzie się punktualnie. Znów upał niesamowity, robić nie ma co więc powtórka z wczoraj. Chociaż nie, wybraliśmy się na pizze do Szczytna. Na polu namiotowym natomiast powstał tribute band dla Arka Michalskiego – Arek Enemy. Potem zjawili się Drak i Simon z Hunter i zaczęli tłumaczyć, dlaczego wszystko wygląda tak, jak wygląda, jak naprawdę wygląda i jak wyglądać będzie jutro. Szacun za odwagę cywilną dla panów – wyszli, przeżyli, nic im się nie stało. Wszyscy zrozumieli, że to nie ich wina. Ale też okazało się, że Daray (perkusista zespołu) stwierdził, że ma gdzieś taką imprezę i pojechał do domu, toteż Hunter nie zagra. Obiecali natomiast, że przyjdą z gitarami na pole namiotowe i jakis akustyczny secik poleci. I poleciał dnia następnego. Muzycznie dzień drugi nie wyglądał o niebo lepiej od pierwszego. Na małej scenie świetne występy Merry Pop Ins oraz Sickroom, pozostałe konkursowe talenty bez szału. Za Lipali nie przepadam, więc trochę się wynudziłem, ale to była pierwsza duża nazwa, jaka się na HF ‘09 pojawiła. Ludzie zaczęli się w końcu bawić, zaczęło się robić naprawdę festiwalowo. Humory dopisywały nam dopóki na scenie nie pojawiła się kolejna “gwiazda”: Funeral for a Friend. Występ fatalny, najgorszy performens na całym festiwalu. Ludziska nie czaili tej muzyki (ja też nie), więc zespół mógł dwoić się i troić i nic z tego nie wyszło. Mogiła. Na szczęście potem nastąpił wielki powrót – Flapjack! I totalne zwycięstwo – pełen energii występ, kapitalnie zagrany koncert. Dobry kontakt z publicznością, nagłośnienie bezbłędne. I znów nawet ortodoksi bawili się dobrze i nikt nie narzekał, że ktoś rapuje czy coś w tym stylu. Brawo Flapjack! W dalszej kolejności udałem się na spożycie napojów alkoholowych z managerem ochrony i razem obejrzeliśmy show Orbity Wiru. Dotychczas jakoś mnie nie przekonywali, po HF ‘09 zmieniam jednak zdanie. Bardzo fajny koncert, ze sceny biła swojego rodzaju pewność i siła. Nowa płyta już jest – zwróćcie na nich uwagę. Po Orbicie śpiwór. I oczywiście deszcz w nocy.
Dzień III – sobota, 25.07.09
Łał, czyżby wszystko miało się odbyć planowo? Nikt w to już nie wierzył, a jednak się udało. Czyli można. Na polu namiotowym wszyscy wyglądają jak zombie – ile można chlać i siedzieć w upale. Mimo tego, kiedy pojawili się Drak i Pit niosąc gitary w mig wszyscy usiedli na glebie i otwarta została HunterFestowa scena country. Fajnie było, nie ma co, kolejny raz respekt dla Hunter. Na pole festiwalowe wpuścili nas wcześniej, rzuciliśmy się na ZIMNE piwo i żarcie. Koszulki festiwalowe mają fajny design, więc zakupiliśmy. Do tego jeszcze parę błyskotek z namiotu Rockmetalshopu. A na małej scenie na początek wyśmienita dawka ognistego rocka w wykonaniu Snake Charmer! Czad był! Kilka piw potem jeszcze ciekawe show przebierańców z Los Pierdols i duża scena. A tam już słychać było rozgrzewkę chłopaków z Vader. Maszyna ruszyła i Vader zrobił huragan nieprzeciętny – z trawy w mig zrobiło się klepisko. I tak powinno być! Brutalnie, bezbłędnie i z szelmowskim uśmiechem na twarzy Petera – każdy trybik na swoim miejscu. Poszły chyba wszystkie hiciory zespołu, z “Sothis” i “Carnal” na czele, nie zabrakło “Epitaph”, “This Is the War” czy “Shadowfear”. Pod sceną bardzo niebezpiecznie – publika naprawdę dała z siebie wszystko. Votum na małej scenie zagrał fajny koncert, ale na czoło się nie wybił. Można było posłuchać, choć bez rewelacji (no i znów zaczęło padać). Przed koncertem Tarji Turunen niebo się oczyściło – dobry znak. Po samym występie ex-wokalistki Nightwish też się niczego nie spodziewałem. Zupełnie żadnych oczekiwań. Tymczasem Tarja i jej zespół zagrali tak świetny koncert, że szczęka mi opadła na sam dół! Wybrzmiały zarówno autorskie kawałki Tarji z jej solowego albumu, klasyki Nightwish jak i chociażby “Poison” – cover Alice’a Coopera, były też solowe popisy muzyków (perkusista!). Owacja w pełni zasłużona – sama wokalistka sprawiała wrażenie zadowolonej z przyjęcia, a publika zadowolonej z koncertu. Obiecałem sobie przyjrzeć się dokładniej solowym nagraniom pani Turunen. Na małą scenę w tym czasie wtarabanili się szaleńcy z Acid Drinkers z nowym gitarzystą Yankielem. Ojj, dali radę. Barmy Army na pewno byli zadowoleni. Poszły stare numery, poszły nowe, poszły wszystkie hiciory. Zdarłem sobie gardło jak głupi. Yankiel też radzi sobie świetnie i godnie zastepuje Olassa. Chóralne “Sto lat” i pędzimy na dużą scenę, bo tam ładuje się już Motorhead! Ech, co tu można pisać? Że grają jak młodzieniaszki? Że Lemmy to chodząca metafora rock’and’rolla? Że Campbell miażdżył werwą? Że Mikkey Dee wykręcił za bębnami takie solo, że wszyscy pałkerzy świata powinni się schować? Przecież tego właśnie się spodziewaliśmy i tego byliśmy pewni. Motorhead dobitnie wytłumaczyli mi na żywo, dlaczego są legendą (choć nigdy nie miałem co do tego wątpliwości). Jakaś godzina czy półtorej, na bis akustyczna wersja “Whorehouse Blues” a potem to, co tygryski lubią najbardziej: “Ace od Spades” i “Overkill”. Naładowani energią wróciliśmy na pole.
Epilog: niedziela, 23.07.09
Wróciliśmy na pole namiotowe, ale nie po to, żeby spać. Sprzątnęliśmy graty, zwinęliśmy namioty. Taxówka, Szczytno, pociąg, Olsztyn, pociąg, Gdańsk. A na miejscu oczywiście pada deszcz. Po zakończeniu festiwalu uczucia mam mieszane – organizacyjnie jeden wielki wstyd, natomiast muzycznie poziom bardzo wysoki. Niemniej, jeśli w ogóle kiedykolwiek HunterFest się jeszcze odbędzie, nastąpi to na pewno beze mnie. Zraziłem się.
W najbliższym czasie (znaczy jak mi się zachce) poszukam jakichś zdjęć (polecam galerię na rockmetal.pl) i filmików. No i Kronikę Koncertową trzeba uzupełnić, bo gdzieś mi umknęły koncerty Kayanisa, Jelonka, SBB i ostatni dzionek Gdynia Blues Festiwalu z niesamowitym koncertem Nocnej Zmiany Bluesa.
HunterFest 2009
To, co się zdarzyło na lotnisku w Szymanach, zapewne znajdzie się w książkach opisujących historię muzyki metalowej w Polsce. Takiego festiwalu jeszcze nie było i miejmy nadzieję, że już nie będzie. Zapraszam na (w miarę) dokładną relację z mojej podróży na HunterFest 2009.
Wchodziłem na stronę internetową festiwalu regularnie i dostawałem wypieków na policzkach patrząc na program imprezy. Machine Head i Arch Enemy, czyli totalna rozwałka na początek, drugiego dnia mistyczne show Huntera, wielki powrót Flapjack i mrok Tiamat, na zakończenie Vader, Tarja, Acid Drinkers i Motorhead. Kapitalnie! Pakujemy więc manatki i jedziemy.
Prolog – środa, 22.07.09
Dworzec kolejowy Gdańsk Wrzeszcz, godzina 11 z groszami. Pociąg pospieszny, jedziemy we dwóch (pozdrowienia i podziękowania za towarzystwo dla mojego kompana Maćka!). Namiejsca siedzące nie liczymy, ale przecież nie jedziemy na festiwal dla luksusów. Po kilku godzinach podróży spokojnej aż nadto wysiadamy w Olsztynie, żeby zobaczyć scenę co najmniej zaskakującą: jakieś 200 osób obładowanych bagażami próbuje dostać się do pociągu do Szczytna – pociągu składającego się z lokomotywy i jednego wagonu! Zdążyliśmy już zrezygnować z prób wejścia na pokład pociągu, kiedy okazało się, że miejscowe PKP ma łeb na karku i dojechało kilka dodatkowych wagonów. Spoko – myślimy – dobry początek. Po niecałej godzinie wysiedliśmy na obskurnym dworcu w Szczytnie. Orientacja w przestrzeni – musimy się dostać do wsi Szymany. Ktoś coś mówił o festiwalowych autobusach? Mit jakiś. Na dworcu PKS w dziale informacja jakiś cwel był wielce zdziwiony, że go pytamy o autobus – widać tam się informacje zbiera, a nie udziela (miejscowa komórka wywiadu). Udało się dowiedzieć, że autobus odjeżdża dosłownie za kilka minut – pakujemy się, bilecik 3 złote. W tym miejscu poznajemy kolejnego kompana podróży – Tomka. Kierowca busa też wielce obrażony, że niektórzy muszą z bagażami wejść do środka, bo luk już pełen (nie pozwolił skorzystać z luku z lewej strony pojazdu). Refleksja – czy na Mazurach mieszkają jeszcze ludzie szczęśliwi? W Szymanach wysiadka a w moich rękach dziwnym trafem znajdują się dwa piwka. Do plecaka je i idziemy za kimś, kto zdaje się mieć pojęcie, gdzie idzie. Kilka kilometrów. Brama z napisem “Teren wojskowy. Wstęp wzbroniony” nie stanowi dla nas problemu. Idziemy przez las, po jakimś czasie pojawiają się strzałki, więc podążamy we wskazywanym przez nie kierunku. W końcu wychodzimy za lotnisko… Hektary patelni… Trawa i asfalt, nic więcej. Jacyś goście powolu rozstawiają ogrodzenie pola namiotowego, kilka namiotów już stoi. Stawiamy nasze obok i orientujemy się w sytuacji. Piwo – trza zamówić u koleżki, który jedzie do miasta. Żarcie – brak. Kible – brak. Prysznice – brak. Cokolwiek – brak. Sceny zwinięte do połowy – może pomyliliśmy dni? Pod wieczór przyjechały 2 namioty z żarciem, piciem i sympatycznymi dziewczynami sprzedającymi owe artykuły. Impreza zaczyna się powoli, dojeżdżają kolejne wycieczki. Na horyzoncie walą pioruny i błyska się, do nas deszczyk dociera po dobrych kilku godzinach. Jakiś naprany oszołom trzęsie ogrodzeniem i krzyczy “nienawidzę was ludzie! Co to za integracja! Boże, dlaczego mi to zrobiłeś!” – koleżka zostaje naszym faworytem, będziemy się z niego nabijać do końca imprezy. Deszcz zaczyna padać na dobre, nie dziwi nas to (jeszcze HunterFestu bez deszczu nie było), więc chowamy się do namiotów.
Dzień I – czwartek, 23.07.09
Słońce od rana piecze nas niemiłosiernie. Ludzie naprani permanentnie. Taki oto widok nas powitał, kiedy wywlekliśmy się z namiotów. Chleb z konserwą i piwo na początek, mycie zębów mineralną, siku do lasu. Potem znów piwo. I jeszcze jedno, a wszystkie ciepłe – lodówki nie działają, bo nie ma prądu. Od rana krążą plotki, że oprócz kapel konkursowych i Jelonka nic nie zagra. Nuda, słońce i takie wieści każą nam pić kolejne ciepłe piwa. Dobrym zajęciem okazało się obserwowanie poczynań trójki sióstr krzątających się w namiotach z żarciem. Aaaa, dojechała jeszcze budka z piwem z nalewaka, ale bez piwa. Za to wrzątek mieli – można było sobie zrobić kawę. Co jakiś czas trzeba było sobie zrobić spacerek do sympatycznej pary ochroniarzy na pogawędkę. Jakaś dziwka chce się chyba oddać za wódkę – powodzenia. Po jakimś czasie wjechały na teren festiwalu agregaty (ale bez benzyny), potem na polu namiotowym pojawiły się toi-toie oraz kontenery z prysznicami – wierzcie mi, żaden zespół nie dostał na wejście takiej owacji, jak kible. O którejśtam godzinie (już dawno po planowanym rozpoczęciu koncertu) gruchnęła wieść, że wymieniają karnety na opaski, więc stanęliśmy w kolejce. Dostaliśmy czarne szmatki na łapę – przynajmniej nie różowe. W tej kolejce okazało sie także, że czternastoletnie dziewczyny stojące przed nami są pełnoletnie i wolą starszych. Tak też poznaliśmy wesołą ekipę ze świrem Oszołomem na czele oraz piekielną Jarzębiną, która była podłączona do ogrodzenia (nie pytajcie o co chodzi). Łał, wpuszczają na teren festiwalu – idziemy, tam mają ciepłe jedzenie i zimne piwo. Ha, jest już dobrze. A tymczasem na małej scenie coś zaczyna się dziać – o ile pamiętam, pierwszy zagrał zespół Lido. Szacun, wyszli bez strachu, że wściekła publika ich zje i zagrali naprawdę dobry set. Metalcore’owe brzmienia i charyzmatyczny wokalista – to zapamiętam. Nie bardzo pamiętam, jakie konkrenie zespoły grały dalej, nie oczekujcie ode mnie dokładnej kolejności – zresztą, kogo kolejność obchodzi. At the Lake – cóż, nie obiecywałem sobie po nich wiele, ale dali radę – publika była naprawdę spragniona muzyki. At the Lake zaprezentowało swój sprawny gotycko-folkowy metal, choć nagłośnienie momentami pierdziało. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Neuronia – potężne brzmienie zahaczające śmiało o grind, sprawna maszyna koncertowa. Neuronia w tym momencie wskoczyła w mój notesik pod hasłem “koniecznie sprawdzić”. Kaatakilla – nieporozumienie. Kaatakilla to zespół widmo, nie widziałem nigdy żadnej płyty, żadnego demo, na żadnym plakacie (poza HunterFestem) logo zespołu nie rzuciło mi się w oczy. Dlaczego zatem organizator HF tak bardzo lansuje zespół na gwiazdę krajowego formatu? Kaatakilla zagrała koncert przeciętny, brak im charakteru i charakterystyczności. I tutaj nastąpiłby koniec (być może reszta zespołów konkursowych grała, ale nie widziałem lub nie utkwiły mi w pamięci), bo Jelonek również ponoć miał olać festiwal. Wróciliśmy do namiotu a potem z powrotem na pole festiwalowe, bo Pierwszy Skrzypek Polskiego Metalu jednak wyszedł na scenę. Ludzi mało, ale bawią się dobrze, bo Jelonek to koncertowe parzystokopytne zwierzę. Facet wychodzi na scenę i gra takie szoł, że najwięksi ortodoksi kłaniają się w pas. Po raz kolejny Michałowi Jelonkowi należą się brawa i szacunek. A w międzyczasie znów zaczął padać deszcz, więc w naszym namiocie znów kałuża. Znaleźliśmy dla niej praktyczne zastosowanie i chłodziliśmy w niej piwo.
Dzień II – piątek, 24.07.09
Nie, dziś też nic nie odbędzie się punktualnie. Znów upał niesamowity, robić nie ma co więc powtórka z wczoraj. Chociaż nie, wybraliśmy się na pizze do Szczytna. Na polu namiotowym natomiast powstał tribute band dla Arka Michalskiego – Arek Enemy. Potem zjawili się Drak i Simon z Hunter i zaczęli tłumaczyć, dlaczego wszystko wygląda tak, jak wygląda, jak naprawdę wygląda i jak wyglądać będzie jutro. Szacun za odwagę cywilną dla panów – wyszli, przeżyli, nic im się nie stało. Wszyscy zrozumieli, że to nie ich wina. Ale też okazało się, że Daray (perkusista zespołu) stwierdził, że ma gdzieś taką imprezę i pojechał do domu, toteż Hunter nie zagra. Obiecali natomiast, że przyjdą z gitarami na pole namiotowe i jakis akustyczny secik poleci. I poleciał dnia następnego. Muzycznie dzień drugi nie wyglądał o niebo lepiej od pierwszego. Na małej scenie świetne występy Merry Pop Ins oraz Sickroom, pozostałe konkursowe talenty bez szału. Za Lipali nie przepadam, więc trochę się wynudziłem, ale to była pierwsza duża nazwa, jaka się na HF ‘09 pojawiła. Ludzie zaczęli się w końcu bawić, zaczęło się robić naprawdę festiwalowo. Humory dopisywały nam dopóki na scenie nie pojawiła się kolejna “gwiazda”: Funeral for a Friend. Występ fatalny, najgorszy performens na całym festiwalu. Ludziska nie czaili tej muzyki (ja też nie), więc zespół mógł dwoić się i troić i nic z tego nie wyszło. Mogiła. Na szczęście potem nastąpił wielki powrót – Flapjack! I totalne zwycięstwo – pełen energii występ, kapitalnie zagrany koncert. Dobry kontakt z publicznością, nagłośnienie bezbłędne. I znów nawet ortodoksi bawili się dobrze i nikt nie narzekał, że ktoś rapuje czy coś w tym stylu. Brawo Flapjack! W dalszej kolejności udałem się na spożycie napojów alkoholowych z managerem ochrony i razem obejrzeliśmy show Orbity Wiru. Dotychczas jakoś mnie nie przekonywali, po HF ‘09 zmieniam jednak zdanie. Bardzo fajny koncert, ze sceny biła swojego rodzaju pewność i siła. Nowa płyta już jest – zwróćcie na nich uwagę. Po Orbicie śpiwór. I oczywiście deszcz w nocy.
Dzień III – sobota, 25.07.09
Łał, czyżby wszystko miało się odbyć planowo? Nikt w to już nie wierzył, a jednak się udało. Czyli można. Na polu namiotowym wszyscy wyglądają jak zombie – ile można chlać i siedzieć w upale. Mimo tego, kiedy pojawili się Drak i Pit niosąc gitary w mig wszyscy usiedli na glebie i otwarta została HunterFestowa scena country. Fajnie było, nie ma co, kolejny raz respekt dla Hunter. Na pole festiwalowe wpuścili nas wcześniej, rzuciliśmy się na ZIMNE piwo i żarcie. Koszulki festiwalowe mają fajny design, więc zakupiliśmy. Do tego jeszcze parę błyskotek z namiotu Rockmetalshopu. A na małej scenie na początek wyśmienita dawka ognistego rocka w wykonaniu Snake Charmer! Czad był! Kilka piw potem jeszcze ciekawe show przebierańców z Los Pierdols i duża scena. A tam już słychać było rozgrzewkę chłopaków z Vader. Maszyna ruszyła i Vader zrobił huragan nieprzeciętny – z trawy w mig zrobiło się klepisko. I tak powinno być! Brutalnie, bezbłędnie i z szelmowskim uśmiechem na twarzy Petera – każdy trybik na swoim miejscu. Poszły chyba wszystkie hiciory zespołu, z “Sothis” i “Carnal” na czele, nie zabrakło “Epitaph”, “This Is the War” czy “Shadowfear”. Pod sceną bardzo niebezpiecznie – publika naprawdę dała z siebie wszystko. Votum na małej scenie zagrał fajny koncert, ale na czoło się nie wybił. Można było posłuchać, choć bez rewelacji (no i znów zaczęło padać). Przed koncertem Tarji Turunen niebo się oczyściło – dobry znak. Po samym występie ex-wokalistki Nightwish też się niczego nie spodziewałem. Zupełnie żadnych oczekiwań. Tymczasem Tarja i jej zespół zagrali tak świetny koncert, że szczęka mi opadła na sam dół! Wybrzmiały zarówno autorskie kawałki Tarji z jej solowego albumu, klasyki Nightwish jak i chociażby “Poison” – cover Alice’a Coopera, były też solowe popisy muzyków (perkusista!). Owacja w pełni zasłużona – sama wokalistka sprawiała wrażenie zadowolonej z przyjęcia, a publika zadowolonej z koncertu. Obiecałem sobie przyjrzeć się dokładniej solowym nagraniom pani Turunen. Na małą scenę w tym czasie wtarabanili się szaleńcy z Acid Drinkers z nowym gitarzystą Yankielem. Ojj, dali radę. Barmy Army na pewno byli zadowoleni. Poszły stare numery, poszły nowe, poszły wszystkie hiciory. Zdarłem sobie gardło jak głupi. Yankiel też radzi sobie świetnie i godnie zastepuje Olassa. Chóralne “Sto lat” i pędzimy na dużą scenę, bo tam ładuje się już Motorhead! Ech, co tu można pisać? Że grają jak młodzieniaszki? Że Lemmy to chodząca metafora rock’and’rolla? Że Campbell miażdżył werwą? Że Mikkey Dee wykręcił za bębnami takie solo, że wszyscy pałkerzy świata powinni się schować? Przecież tego właśnie się spodziewaliśmy i tego byliśmy pewni. Motorhead dobitnie wytłumaczyli mi na żywo, dlaczego są legendą (choć nigdy nie miałem co do tego wątpliwości). Jakaś godzina czy półtorej, na bis akustyczna wersja “Whorehouse Blues” a potem to, co tygryski lubią najbardziej: “Ace od Spades” i “Overkill”. Naładowani energią wróciliśmy na pole.
Epilog: niedziela, 23.07.09
Wróciliśmy na pole namiotowe, ale nie po to, żeby spać. Sprzątnęliśmy graty, zwinęliśmy namioty. Taxówka, Szczytno, pociąg, Olsztyn, pociąg, Gdańsk. A na miejscu oczywiście pada deszcz. Po zakończeniu festiwalu uczucia mam mieszane – organizacyjnie jeden wielki wstyd, natomiast muzycznie poziom bardzo wysoki. Niemniej, jeśli w ogóle kiedykolwiek HunterFest się jeszcze odbędzie, nastąpi to na pewno beze mnie. Zraziłem się.
W najbliższym czasie (znaczy jak mi się zachce) poszukam jakichś zdjęć (polecam galerię na rockmetal.pl) i filmików. No i Kronikę Koncertową trzeba uzupełnić, bo gdzieś mi umknęły koncerty Kayanisa, Jelonka, SBB i ostatni dzionek Gdynia Blues Festiwalu z niesamowitym koncertem Nocnej Zmiany Bluesa.
sobota, 18 lipca 2009
HunterFest 2009
Łoł, z pińcet lat mnie tu nie było. Nie to, żebym miał coś ważnego światu do zakomunikowania... poprawka, miałbym całkiem sporo, ale świat nie chce mnie słuchać, więc mam to w dupie. Zresztą korzystam częściej z mojego profilu myspace, lepiej idzie niż z bloggerem.
A tymczasem 2 sprawy do zakomunikowania.
W sierpniu w Gdańsku wystąpię razem z Ennio Morricone. To Himalaje muzyki, więc na kolana, kmiotki.
A sprawa druga jest taka, że po usunięciu 134097 przeszkód w końcu wygląda na to, że jednak odwiedzę tegoroczny HunterFest. A tam czeka na mnie nie byle kto, bo pierwszorzędny zestaw kapel:
Tiamat
Arch Enemy
Motorhead
Machine Head
Tarja Turunen
Epica
Funeral for a Friend
At The Lake
KAATAKILLA
Lipali
Vader
Acid Drinkers
Jelonek
Flapjack
Orbita Wiru
Votum
Los Pierdols
Nutshell
Hunter
Neuronia
Opaleni
Lido
Man's Fall
Sickroom
Mery Pop Ins
D-Tails
S.O.U.L
No Shore
Triquetra
Formacja In
Snake Charmer
Oczywiście na jednych wykonawców czekam bardziej, na innych mniej, na jeszcze innych wogóle. Parę uzasadnień moich osobistych typów? Bardzo proszę:
Dzień pierwszy (poczynając od godzin najwcześniejszych):
1. Neuronia - w zasadzie to znam ich tylko z myspace, ale z chęcią zobaczę jak sobie poradzą na większej imprezie.
2. KAATAKILLA - bo w ogóle nie czaję, dlaczego organizator próbuje robić z tego zespołu gwiazdę rangi krajowej. Przecież nigdzie ich nie ma, nic nie nagrali, nigdzie nie grali. Oby się wybronili na żywo.
3. Arch Enemy - bo Angela jest jedyna i niepowtarzalna, a zespół TEGO formatu musi niszczyć na żywo. I niszczy, jestem pewien.
4. Epica - bo pani ładnie wygląda - mam słabość do rudych (i szatynek, i brunetek, i blondynek). A lżejsze, melodyjne i, powiedzmy, "gotyckie" klimaty jakoś ostatnio mi leżą. Zwłaszcza z takimi wokalistkami.
5. Jelonek - bo facet jest geniuszem muzyki i niesamowitym showmanem. Nic wiecej dodawać nie trzeba.
6. Machine Head - bo należą do mojej ścisłej czołówki od momentu, kiedy ich poznałem, czyli jakieś 10 lat temu. MH to dla mnie XXI-wieczna wersja Metalliki z lat 80.
7. Mery Pop Ins - w 2006 roku na HunterFeście bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli, czekam na podobne wrażenia w tym roku.
8. Orbita Wiru - bo nie słyszałem nowego materiału i mam nadzieję, że w końcu udało im się wykorzystać swój talent i umiejętności.
9. Lipali - z szacunku dla Lipy i żeby się chwalić znajomym.
10. Flapjack - bo Flapjack na scenie to niestety nieczęsty widok.
11. Hunter - bu Hunter to kult.
12. Funeral for a Friend - bo będą, a zawsze to jakaś znana nazwa. Może mnie przekonają do siebie - w chwili obecnej nie mogę się pochwalić znajomością muzyki FfaF.
13. Tiamat - bo to zespół, od którego od zawsze waliło szczerością, nie jakiś HIM czy inne 69eyes.
14. Snake Charmer - bo lubię stoner rocka.
15. Triquetra - bo ta nazwa mi się zawsze gdzieś przewijała, a nigdy z muzyką tej kapeli nie miałem większej styczności.
16. Los Pierdols - bo mają jaja (przynajmniej na myspace).
17. Tarja Turunen - jestem wzrokowcem. Poza tym ciekaw jestem, jak sobie kobitka radzi bez Nightwish.
18. Votum - bo słyszałem o nich dużo dobrego i są na mojej liście pt. "sprawdzić koniecznie".
19. Vader - bo jeszcze ich nigdy nie widziałem na żywca, a to przecież maszyna mordercza.
20. Acid Drinkers - bo Acidzi są przezajebiści i zawsze jest świetna zabawa.
21. Motorhead - bo to legenda, bez nich by się nie liczyło.
Stay tuned,
wieści po powrocie!
A tymczasem 2 sprawy do zakomunikowania.
W sierpniu w Gdańsku wystąpię razem z Ennio Morricone. To Himalaje muzyki, więc na kolana, kmiotki.
A sprawa druga jest taka, że po usunięciu 134097 przeszkód w końcu wygląda na to, że jednak odwiedzę tegoroczny HunterFest. A tam czeka na mnie nie byle kto, bo pierwszorzędny zestaw kapel:
Tiamat
Arch Enemy
Motorhead
Machine Head
Tarja Turunen
Epica
Funeral for a Friend
At The Lake
KAATAKILLA
Lipali
Vader
Acid Drinkers
Jelonek
Flapjack
Orbita Wiru
Votum
Los Pierdols
Nutshell
Hunter
Neuronia
Opaleni
Lido
Man's Fall
Sickroom
Mery Pop Ins
D-Tails
S.O.U.L
No Shore
Triquetra
Formacja In
Snake Charmer
Oczywiście na jednych wykonawców czekam bardziej, na innych mniej, na jeszcze innych wogóle. Parę uzasadnień moich osobistych typów? Bardzo proszę:
Dzień pierwszy (poczynając od godzin najwcześniejszych):
1. Neuronia - w zasadzie to znam ich tylko z myspace, ale z chęcią zobaczę jak sobie poradzą na większej imprezie.
2. KAATAKILLA - bo w ogóle nie czaję, dlaczego organizator próbuje robić z tego zespołu gwiazdę rangi krajowej. Przecież nigdzie ich nie ma, nic nie nagrali, nigdzie nie grali. Oby się wybronili na żywo.
3. Arch Enemy - bo Angela jest jedyna i niepowtarzalna, a zespół TEGO formatu musi niszczyć na żywo. I niszczy, jestem pewien.
4. Epica - bo pani ładnie wygląda - mam słabość do rudych (i szatynek, i brunetek, i blondynek). A lżejsze, melodyjne i, powiedzmy, "gotyckie" klimaty jakoś ostatnio mi leżą. Zwłaszcza z takimi wokalistkami.
5. Jelonek - bo facet jest geniuszem muzyki i niesamowitym showmanem. Nic wiecej dodawać nie trzeba.
6. Machine Head - bo należą do mojej ścisłej czołówki od momentu, kiedy ich poznałem, czyli jakieś 10 lat temu. MH to dla mnie XXI-wieczna wersja Metalliki z lat 80.
7. Mery Pop Ins - w 2006 roku na HunterFeście bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli, czekam na podobne wrażenia w tym roku.
8. Orbita Wiru - bo nie słyszałem nowego materiału i mam nadzieję, że w końcu udało im się wykorzystać swój talent i umiejętności.
9. Lipali - z szacunku dla Lipy i żeby się chwalić znajomym.
10. Flapjack - bo Flapjack na scenie to niestety nieczęsty widok.
11. Hunter - bu Hunter to kult.
12. Funeral for a Friend - bo będą, a zawsze to jakaś znana nazwa. Może mnie przekonają do siebie - w chwili obecnej nie mogę się pochwalić znajomością muzyki FfaF.
13. Tiamat - bo to zespół, od którego od zawsze waliło szczerością, nie jakiś HIM czy inne 69eyes.
14. Snake Charmer - bo lubię stoner rocka.
15. Triquetra - bo ta nazwa mi się zawsze gdzieś przewijała, a nigdy z muzyką tej kapeli nie miałem większej styczności.
16. Los Pierdols - bo mają jaja (przynajmniej na myspace).
17. Tarja Turunen - jestem wzrokowcem. Poza tym ciekaw jestem, jak sobie kobitka radzi bez Nightwish.
18. Votum - bo słyszałem o nich dużo dobrego i są na mojej liście pt. "sprawdzić koniecznie".
19. Vader - bo jeszcze ich nigdy nie widziałem na żywca, a to przecież maszyna mordercza.
20. Acid Drinkers - bo Acidzi są przezajebiści i zawsze jest świetna zabawa.
21. Motorhead - bo to legenda, bez nich by się nie liczyło.
Stay tuned,
wieści po powrocie!
wtorek, 26 maja 2009
z cyklu "W starym kinie z Naumatorem"
Bardzo intrygujące. Odnalezione na joemonster.org, pochodzi z globalnaswiadomosc.com. A tak właściwie to z youtube.
sobota, 23 maja 2009
Kronika Koncertowa: Dżem
Postanowiłem archiwizować wspomnienia z koncertów na których byłem. Zaczynam od dziś, właściwie wczoraj. Stwierdzając, że gdzieś mam pierdyliardktóryś koncert Farben Lehre i T.Love wybrałem się na VI Gdynia Blues Festival do Gdyni na koncert zespołu Dżem. Trzydniowego eventu dzień pierwszy, załapałem się jeszcze na występ Mississippi Blues. Nie jestem wielkim fanem bluesa, choć ostatnio lubię wrócić do korzeni. Mississippi grało całkiem miło, piwo było dobre choć drogie. Dżem słabych koncertów nie gra. Jakby kogoś interesowało, to poniżej plakat i kilka filmików zajebanych z last.fm, autorstwa użytkownika bardzosilny.

Mississippi Blueas Band - Ticket to Right and Mojo Working
Dżem - W życiu piękne są tylko chwile
Dżem - Wehikuł Czasu

Mississippi Blueas Band - Ticket to Right and Mojo Working
Dżem - W życiu piękne są tylko chwile
Dżem - Wehikuł Czasu
niedziela, 10 maja 2009
Naumatorowych terorii spiskowych cd.
Myślcie, co chcecie, ale mnie to przekonuje. Poza tym wpisuje się doskonale w szereg innych spiskowych przewidywań, ale te musicie sobie znaleźć sami, bo nie chce mi się ich opisywać.
A tu macie artykuł ze strony globalnaswiadomosc.com
Nowy wirus - czy to tylko seria dziwnych przypadkow ? 28-04-2009
Ponizsze zestawienie faktow moze wydac sie niektorym szokujace, ale niestety jest prawdziwe.
Seria roznych "przypadkow" i zdarzen musi dac kazdemu, nawet najbardziej upartemu troche do myslenia. Jest tego po prostu za duzo na raz !!!
Od kilku lat jestesmy karmieni przez media informacjami o zagrozeniu ptasia grypa. Jakkolwiek, w miedzyczasie wiele wirusow zabija codziennie tysiace ludzi na swiecie i kazdy stanowi potencjalne zagrozenie epidemia, zadnemu z nich nie poswieca sie nawet drobiny tej uwagi jaka przykuwa wirus ptasiej grypy, chociaz pochlonela ona okolo 200 ofiar smiertelnych na calym swiecie, na przestrzeni kilku lat.
Dokladnie 4 lata temu, w kwietniu 2005 roku, NewScientist (bardzo powazane czasopismo i portal naukowy) opublikowal artykul, w ktorym wykazuja, ze aby wirus ptasiej grypy H5N1stworzyl zagrozenie pandemia (epidemia na duza skale) to musialby przenosic sie z czlowieka na czlowieka.
http://www.newscientist.com/article/dn7268
Jak dotychczas stwierdzono tylko mozliwosc przenoszenia sie tego wirusa z ptaka na czlowieka i to tylko w niektorych przypadkach. Aby wiec mogl on sie przenosic z czlowieka na czlowieka, musialby on odpowiednio zmutowac. Taka mutacja musiala by sie odbyc za posrednictwem genu zwierzecia, ktore ma gen podobny do ludzkiego. Tutaj kandydatami byly malpy i ... swinie !!! Swinie maja gen w 98% podobny do ludzkiego. Tego typu pomost genowy moglby doprowadzic do prawdziwie niebezpiecznej dla calej ludzkosci pandemii. Na szczescie prawdopodobienstwo takiej mutacji bylo tak znikome, ze nie bylo brane zbyt powaznie pod uwage.... pisal NewScientist 4 lata temu!!!
W 2008 roku Minister Zdrowia Indonezji oskarza publicznie USA i WHO o sztuczne kreowanie ognisk ptasiej grypy w Azji oraz wykorzystywanie wirusa ptasiej grypy do produkcji broni biologicznej. http://www.news-medical.net/?id=35356
W lutym 2009 roku jedna z najwiekszych firm famaceutycznych swiata - BAXTER INT. doprowadza do nieprawdopodobnej pomylki, wysylajac do roznych placowek w 18 krajach swiata material na szczepionki zarazony "aktywnym" wirusem ptasiej grypy. Okazuje sie ze dochodzi do przypadkow zarazenia w Wiedniu i Czechach
(nie potwierdzone oficjalnie). Istnieje zagrozenie laczenia sie tego
wirusa z innymi, co potencjalnie moglo by doprowadzic do mutacji.
W marcu 2009 roku USA decyduje sie wspomoc swoich przyjaciol w Mexico, w walce z narkotykowym kartelem. Wysylaja do El Paso (Juarez)wojsko i prowadza sie tam stan wyjatkowy. Niby nic wspolnego, lecz
USA ostatnio jest tam bardzo aktywne.
We wrzesniu 2008 roku, w tym samym El Paso ?Juarez (Meksyk, przy granicy
z USA) prowadzi sie intensywna kampanie szczepienia ludnosci
przeciw grypie: http://www.medicalnewstoday.com/articles/123411.php
Trudno jest okreslic, czy te sprawy maja cos ze soba wspolnego. Jasnowidzem nie jestem, ale przynajmniej moge zapytac: czy to tylko zbiegi okolicznosci ? W tym samym El Paso ? Juarez stwierdza sie
jedne z pierwszych ognisk swinskiej grypy. Ciezko jest okreslic, czy pierwsze, poniewaz media podawaly zroznicowane informacje.
Taka sama kampanie prowadzi sie tez na terenie calego Meksyku i USA, o czym mowi ten artykul: http://www.epcc.edu/nwlibrary/borderlands/19_flu_1918.htm
Od jakiegos czasu (wiele miesiecy) nasila sie ogolnoswiatowa kampania, medialna przypominajaca tzw. grype hiszpanke z 1918 roku. Czyzbysmy mieli wsrod naszych politykow i naukowcow caly szereg wizjonerow ? A moze nauka posunela sie tak daleko, ze wprawdzie niby nie potrafimy przewidziec swiatowego kryzysu finansowego ale potrafimy przewidziec swiatowa epidemie wirusa, ktorego jeszcze nie ma ?
Wlasnie teraz pojawily sie niusy o jeszcze jednym "nieprawdopodobnym" przypadku.
Otoz okazuje sie ze w ostatni poniedzialek (wczoraj), w pociagu zmierzajacym do Genewy (Szwajcaria) "wybuchl" kontener zawierajacy wirusa nowej swinsko-ptasiej grypy H1N1
http://swinefluspread.wordpress.com/2009/04/28/swine-flu-virus-container-explodes/
W miedzyczasie najwieksze firmy farmaceutyczne pracuja ciezko aby wytworzyc jak najlepsze i jak najwiecej szzcepionek przeciwko grypie. Problem w tym, ze .... takie nie istnieja !!!
Szczepionki, ktore sa produkowane moga co najwyzej opozniac lub spowalniac rozwoj zwyklej grypy, a wcale nie musza dzialac hamujaco na nowego wirusa, do czego tez przyznaja sie naukowcy. A kto przewodzi w tej produkcji ? Okazuje sie, ze ten sam Baxter Intrnational, ktory doprowadzil do tak niezwyklych i tragicznych pomylek jeszcze 2 miesiace temu. http://www.chicagotribune.com/business/chi-baxter-swine-flu-27-apr27,0,3579388.story
Mimo wszystko, w wielu krajach wprowadza sie po cichu nowe prawo, umozliwiajace przymusowe szczepienia przeciwko grypie, w przypadku zagrozenia pandemia. Ciekwawostka jest to, ze prawo to wprowadzalo sie zanim jeszcze aktualna epidemia sie zaczela !!!
Np. artykul ze stycznia 2009 roku (USA):
http://www.injuryboard.com/national-news/Flu-Vaccine-Mandatory-For-New-Jersey-Children.aspx?googleid=254536
Inny artykul:
http://www.prisonplanet.com/time-magazine-preps-americans-for-mandatory-vaccinations.html
Na koniec chce podac, ze jeden z najwiekszych dziennikow holenderskich - De Volkskrant, zamiescil artykul pod znamiennym tytulem: Opzettelijke verspreiding: de dood via de griepprik
ktory w tlumaczeniu oznacza nic innego jak: Celowe rozprzestrzenianie: smierc po przez szczepionke...
Podsumujmy to wszystko jeszcze raz:
*
Od kilku lat roi sie w mediach od artykulow na temat ptasiej grypy
*
2005 rok - naukowcy wiedza jak moglby powstac smeirtelny wirus, lecz uwazaja ze w naturze jest to prwaie niemozliwe.
*
Od okolo 2 lat nasila sie swiatowa kampania w sprawie szczepien przeciwko grypie. Zmienia sie przy tym prawodawstwo, umozliwiajac rzadom wprowadzanie przymusowych szczepien w razie pandemii grypy, ktora jeszcze nie istnieje.
*
2008 rok - Minister Indonezji oskarza Swiatowa Organizacje Zdrowia, USA i koncerny farmaceutyczne o sztuczne kreowanie ognisk ptasiej grypy w Azji, kreowanie poprzez media atmosfery strachu i produkcje broni biologicznej na bazie wirusa ptasiej grypy
*
Wrzesien 2008 - rozpoczyna sie szeroko zakrojona kampania szcepienia meksykanow przeciwko grypie. tam tez zaczyna sie pandemia...... (???)
*
Styczen 2009 - rozpoczyna sie akcja obowiazkowych szczepien w New Jersey, wlasnie tam gdzie pozniej powstaje jedno z pierwszych amerykanskich ognisk swinskiej grypy... (???)
*
Luty 2009 - Baxter International rozsyla "zarazone" ptasia grypa materialy szczepionkowe do 18 krajow swiata
*
Marzec 2009 - akcja przeciwko baronom narkotykowym w El Paso. Wprowadzenie stanu wyjatkowego i wojska USA do El Paso.
*
Kwiecien 2009 - El Paso jednym z pierwszych ognisk swinskiej grypy
*
Kwiecien 2009 - wybuch zbironika ze swinska grypa w pociagu zmierzajacym o Genewy w Szwajcarii.
Przypadki, przypadki ..... wizjonerzy
Coz - pozostawiamy Was z powyzszymi faktami. Sami dokonajcie oceny tego wszystkiego, bo to Wy bedziecie ponosic konsekwencje waszych dalszych decyzji....
Pozdrawiamy wszystkich serdecznie !!!
Sorka, nie chciało mi się poprawiać literówek i wstawiać wszystkich polskich znaków. Co powiecie ciekawego?
A tu macie artykuł ze strony globalnaswiadomosc.com
Nowy wirus - czy to tylko seria dziwnych przypadkow ? 28-04-2009
Ponizsze zestawienie faktow moze wydac sie niektorym szokujace, ale niestety jest prawdziwe.
Seria roznych "przypadkow" i zdarzen musi dac kazdemu, nawet najbardziej upartemu troche do myslenia. Jest tego po prostu za duzo na raz !!!
Od kilku lat jestesmy karmieni przez media informacjami o zagrozeniu ptasia grypa. Jakkolwiek, w miedzyczasie wiele wirusow zabija codziennie tysiace ludzi na swiecie i kazdy stanowi potencjalne zagrozenie epidemia, zadnemu z nich nie poswieca sie nawet drobiny tej uwagi jaka przykuwa wirus ptasiej grypy, chociaz pochlonela ona okolo 200 ofiar smiertelnych na calym swiecie, na przestrzeni kilku lat.
Dokladnie 4 lata temu, w kwietniu 2005 roku, NewScientist (bardzo powazane czasopismo i portal naukowy) opublikowal artykul, w ktorym wykazuja, ze aby wirus ptasiej grypy H5N1stworzyl zagrozenie pandemia (epidemia na duza skale) to musialby przenosic sie z czlowieka na czlowieka.
http://www.newscientist.com/article/dn7268
Jak dotychczas stwierdzono tylko mozliwosc przenoszenia sie tego wirusa z ptaka na czlowieka i to tylko w niektorych przypadkach. Aby wiec mogl on sie przenosic z czlowieka na czlowieka, musialby on odpowiednio zmutowac. Taka mutacja musiala by sie odbyc za posrednictwem genu zwierzecia, ktore ma gen podobny do ludzkiego. Tutaj kandydatami byly malpy i ... swinie !!! Swinie maja gen w 98% podobny do ludzkiego. Tego typu pomost genowy moglby doprowadzic do prawdziwie niebezpiecznej dla calej ludzkosci pandemii. Na szczescie prawdopodobienstwo takiej mutacji bylo tak znikome, ze nie bylo brane zbyt powaznie pod uwage.... pisal NewScientist 4 lata temu!!!
W 2008 roku Minister Zdrowia Indonezji oskarza publicznie USA i WHO o sztuczne kreowanie ognisk ptasiej grypy w Azji oraz wykorzystywanie wirusa ptasiej grypy do produkcji broni biologicznej. http://www.news-medical.net/?id=35356
W lutym 2009 roku jedna z najwiekszych firm famaceutycznych swiata - BAXTER INT. doprowadza do nieprawdopodobnej pomylki, wysylajac do roznych placowek w 18 krajach swiata material na szczepionki zarazony "aktywnym" wirusem ptasiej grypy. Okazuje sie ze dochodzi do przypadkow zarazenia w Wiedniu i Czechach
(nie potwierdzone oficjalnie). Istnieje zagrozenie laczenia sie tego
wirusa z innymi, co potencjalnie moglo by doprowadzic do mutacji.
W marcu 2009 roku USA decyduje sie wspomoc swoich przyjaciol w Mexico, w walce z narkotykowym kartelem. Wysylaja do El Paso (Juarez)wojsko i prowadza sie tam stan wyjatkowy. Niby nic wspolnego, lecz
USA ostatnio jest tam bardzo aktywne.
We wrzesniu 2008 roku, w tym samym El Paso ?Juarez (Meksyk, przy granicy
z USA) prowadzi sie intensywna kampanie szczepienia ludnosci
przeciw grypie: http://www.medicalnewstoday.com/articles/123411.php
Trudno jest okreslic, czy te sprawy maja cos ze soba wspolnego. Jasnowidzem nie jestem, ale przynajmniej moge zapytac: czy to tylko zbiegi okolicznosci ? W tym samym El Paso ? Juarez stwierdza sie
jedne z pierwszych ognisk swinskiej grypy. Ciezko jest okreslic, czy pierwsze, poniewaz media podawaly zroznicowane informacje.
Taka sama kampanie prowadzi sie tez na terenie calego Meksyku i USA, o czym mowi ten artykul: http://www.epcc.edu/nwlibrary/borderlands/19_flu_1918.htm
Od jakiegos czasu (wiele miesiecy) nasila sie ogolnoswiatowa kampania, medialna przypominajaca tzw. grype hiszpanke z 1918 roku. Czyzbysmy mieli wsrod naszych politykow i naukowcow caly szereg wizjonerow ? A moze nauka posunela sie tak daleko, ze wprawdzie niby nie potrafimy przewidziec swiatowego kryzysu finansowego ale potrafimy przewidziec swiatowa epidemie wirusa, ktorego jeszcze nie ma ?
Wlasnie teraz pojawily sie niusy o jeszcze jednym "nieprawdopodobnym" przypadku.
Otoz okazuje sie ze w ostatni poniedzialek (wczoraj), w pociagu zmierzajacym do Genewy (Szwajcaria) "wybuchl" kontener zawierajacy wirusa nowej swinsko-ptasiej grypy H1N1
http://swinefluspread.wordpress.com/2009/04/28/swine-flu-virus-container-explodes/
W miedzyczasie najwieksze firmy farmaceutyczne pracuja ciezko aby wytworzyc jak najlepsze i jak najwiecej szzcepionek przeciwko grypie. Problem w tym, ze .... takie nie istnieja !!!
Szczepionki, ktore sa produkowane moga co najwyzej opozniac lub spowalniac rozwoj zwyklej grypy, a wcale nie musza dzialac hamujaco na nowego wirusa, do czego tez przyznaja sie naukowcy. A kto przewodzi w tej produkcji ? Okazuje sie, ze ten sam Baxter Intrnational, ktory doprowadzil do tak niezwyklych i tragicznych pomylek jeszcze 2 miesiace temu. http://www.chicagotribune.com/business/chi-baxter-swine-flu-27-apr27,0,3579388.story
Mimo wszystko, w wielu krajach wprowadza sie po cichu nowe prawo, umozliwiajace przymusowe szczepienia przeciwko grypie, w przypadku zagrozenia pandemia. Ciekwawostka jest to, ze prawo to wprowadzalo sie zanim jeszcze aktualna epidemia sie zaczela !!!
Np. artykul ze stycznia 2009 roku (USA):
http://www.injuryboard.com/national-news/Flu-Vaccine-Mandatory-For-New-Jersey-Children.aspx?googleid=254536
Inny artykul:
http://www.prisonplanet.com/time-magazine-preps-americans-for-mandatory-vaccinations.html
Na koniec chce podac, ze jeden z najwiekszych dziennikow holenderskich - De Volkskrant, zamiescil artykul pod znamiennym tytulem: Opzettelijke verspreiding: de dood via de griepprik
ktory w tlumaczeniu oznacza nic innego jak: Celowe rozprzestrzenianie: smierc po przez szczepionke...
Podsumujmy to wszystko jeszcze raz:
*
Od kilku lat roi sie w mediach od artykulow na temat ptasiej grypy
*
2005 rok - naukowcy wiedza jak moglby powstac smeirtelny wirus, lecz uwazaja ze w naturze jest to prwaie niemozliwe.
*
Od okolo 2 lat nasila sie swiatowa kampania w sprawie szczepien przeciwko grypie. Zmienia sie przy tym prawodawstwo, umozliwiajac rzadom wprowadzanie przymusowych szczepien w razie pandemii grypy, ktora jeszcze nie istnieje.
*
2008 rok - Minister Indonezji oskarza Swiatowa Organizacje Zdrowia, USA i koncerny farmaceutyczne o sztuczne kreowanie ognisk ptasiej grypy w Azji, kreowanie poprzez media atmosfery strachu i produkcje broni biologicznej na bazie wirusa ptasiej grypy
*
Wrzesien 2008 - rozpoczyna sie szeroko zakrojona kampania szcepienia meksykanow przeciwko grypie. tam tez zaczyna sie pandemia...... (???)
*
Styczen 2009 - rozpoczyna sie akcja obowiazkowych szczepien w New Jersey, wlasnie tam gdzie pozniej powstaje jedno z pierwszych amerykanskich ognisk swinskiej grypy... (???)
*
Luty 2009 - Baxter International rozsyla "zarazone" ptasia grypa materialy szczepionkowe do 18 krajow swiata
*
Marzec 2009 - akcja przeciwko baronom narkotykowym w El Paso. Wprowadzenie stanu wyjatkowego i wojska USA do El Paso.
*
Kwiecien 2009 - El Paso jednym z pierwszych ognisk swinskiej grypy
*
Kwiecien 2009 - wybuch zbironika ze swinska grypa w pociagu zmierzajacym o Genewy w Szwajcarii.
Przypadki, przypadki ..... wizjonerzy
Coz - pozostawiamy Was z powyzszymi faktami. Sami dokonajcie oceny tego wszystkiego, bo to Wy bedziecie ponosic konsekwencje waszych dalszych decyzji....
Pozdrawiamy wszystkich serdecznie !!!
Sorka, nie chciało mi się poprawiać literówek i wstawiać wszystkich polskich znaków. Co powiecie ciekawego?
sobota, 9 maja 2009
Misja
Mam misję. Moją życiową krucjatę. Korzystając z mojej bytności w środowisku akademickim będę tępił takich kretynów, jak autor tego szitu i tych, którzy mu przyklaskują. Amen.
poniedziałek, 4 maja 2009
Z serii: historie niesamowite.
Jestem fanem koszykówki, szczególnie jej najefektowniejszej wersji - NBA. Tam emocje sięgają zenitu a zawodnicy zostawiają na parkiecie całe serce. Tam nie gra się jedynie o wielką kasę - wielu graczy walczy o lepsze życie, o szansę dla siebie i dla innych. Koszykówka to wielokrotnie szansa dla młodych czarnych chłopaków na wyjście z getta, na osiągnięcie szacunku ludzi i samego siebie.
Dikembe Mutombo grał w NBA w momencie, kiedy uczyłem się zasad tego sportu. W tym roku zakończył karierę. Jego piękną (wartą nakręcenia łzawego filmu) historię opisują Michał Rutkowski i Paweł Wujec w serwisie sport.pl:
Fruwając pod koszem: Wielkie chłopisko o wielkim sercu

W dzieciństwie marzył, że gdy urośnie, zostanie lekarzem. Ale urósł tak bardzo, że nie mógł nie zostać koszykarzem. Swoje marzenie z dzieciństwa realizuje, budując szpitale.
Dikembe Mutombo spędził w NBA 18 lat. Odnosił sukcesy m.in. w Denver Nuggets, Atlanta Hawks, Philadelphii 76ers i New Jersey Nets. To z nim wiąże się jeden z najpiękniejszych obrazków w historii play-offów NBA, jaki pamiętamy: rok 1994, pierwsza runda play-offów, końcowa syrena, wielki facet długo leży na plecach, kurczowo trzymając piłkę ponad głową, na twarzy maluje się pełnia szczęścia i najszerszy uśmiech świata. Denver Nuggets właśnie sprawili największą sensację w historii NBA, eliminując rozstawionych z jedynką Seattle Supersonics (tę wzruszającą scenkę można sobie przypomnieć w naszym blogu Supergigant.blox.pl).
Ostatnie pięć lat Dikembe spędził w Houston jako zmiennik Yao Minga. Karierę zamierzał zakończyć już po poprzednim, znakomitym sezonie okraszonym 22-meczową serią zwycięstw Rockets z rzędu, podczas której godnie zastępował kontuzjowanego Yao. Ale kiedy dowiedział się o niesnaskach w szatni na linii McGrady - Yao - Ron Artest, w grudniu dał się namówić władzom klubu na jeszcze jeden comeback: "Zrobię z tym porządek - może złapię kilku za łby, stuknę jednym o drugi i wszystko wróci do normy".
I wróciło. Rockets awansowali do play-offów z piątego miejsca na Zachodzie, w pierwszym wyjazdowym meczu pokonali Portland Trail Blazers. Mutombo zagrał jak młodzieniaszek, zebrał dziewięć piłek, zaliczył dwa bloki w 18 minut.
W pierwszej kwarcie meczu nr 2 Mutombo upadł na ziemię po niegroźnym starciu z młodszym o 22 lata Gregiem Odenem. 43-letnie kolano powiedziało dość. Koledzy znieśli płaczącego Mutombo na noszach z parkietu. Jego kariera koszykarska dobiegła końca.
Odchodzi wielki koszykarz o bardzo wielkim sercu. Mutombo tak tłumaczył, dlaczego zrezygnował z medycyny i został koszykarzem: "Kiedy podpisałem pierwszy wielomilionowy kontrakt z Denver Nuggets, zrozumiałem, że mogę bardziej pomóc moim rodakom, grając w koszykówkę, niż będąc lekarzem". I zamiast jak typowy koszykarz NBA wydawać swoje pensje na pałace, limuzyny i biżuterię, rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność charytatywną. W 1997 roku założył fundację własnego imienia, zbierając datki na walkę z biedą w Kongu. Adoptował czworo dzieci. Sfinansował wyjazd kobiecej koszykarskiej reprezentacji Konga na olimpiadę w Atlancie. Zorganizował program "Koszykówka bez granic", w ramach którego odbywał wraz z kolegami z NBA tournée po Afryce. Był rzecznikiem wielu organizacji charytatywnych, dostawał mnóstwo nagród za swoją działalność. Jak mówi: "Dzięki NBA otworzyło się przede mną wiele drzwi. Muszę pamiętać, żeby jak najwięcej ludzi miało szansę przejść przez te drzwi. To jest afrykański sposób na życie".

Trzy lata temu, po dziewięciu latach gromadzenia funduszy, sporów z władzami Konga o ziemię i samej budowy fundacja Mutombo otworzyła w Kinszasie, stolicy Konga, nowoczesny szpital na 300 łóżek - Biamba Marie Mutombo (imienia matki Dikembe, która zmarła 12 lat temu na atak serca, bo nie było dla niej miejsca w szpitalu). To pierwszy szpital zbudowany w Kinszasie od blisko 40 lat. Mutombo zapewnił ponad połowę z 29 mln dol., które pochłonęło całe przedsięwzięcie. Był szczęśliwy, bo spełniło się marzenie jego życia: "Kiedy złapiesz windę, która zawiezie cię na sam szczyt, nie zapomnij posłać jej z powrotem na dół, żeby ktoś jeszcze mógł nią wjechać. To mój sposób na posłanie windy z powrotem na dół".
Dikembe Mutombo nie będzie już mógł się realizować jako wielki koszykarz. Ale będzie miał mnóstwo czasu, żeby się realizować jako dobry człowiek.
PS Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie wspominamy najlepsze momenty z kariery Mutombo, jego charakterystyczny tubalny głos a la Lord Vader i poczucie humoru.

Kronika towarzyska
Kilka tygodni temu Dikembe Mutombo został ukarany przewinieniem technicznym i grzywną, bo z ławki narzekał na pracę arbitrów. Dziennikarze przyłapali go potem w szatni z komórką w dłoni: "Mam na linii komisarza Sterna. Powiem mu, że NBA nie potrzebuje mojego tysiąca dolarów grzywny. W Afryce jest mnóstwo głodnych dzieci i chyba nie chcecie zabierać im jedzenia?".
Ciekawostki
Dikembe naprawdę nazywa się Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamba Jean-Jacques Wamutombo.
Jest drugim najlepiej blokującym koszykarzem w historii NBA (3289 bloków), za Hakeemem Olajuwonem.
Czterokrotnie był wybierany na najlepszego obrońcę w NBA, ośmiokrotnie grał w Meczu Gwiazd.
Mówi płynnie po angielsku, francusku, hiszpańsku, portugalsku i w pięciu narzeczach afrykańskich.
Charakterystycznym gestem Dikembe był tzw. finger wag (merdający paluszek) następujący zazwyczaj po udanym bloku na przeciwniku. Symbolizował on przekaz: "nie w moim domu", bo teren wokół kosza drużyny Mutombo to teren należący do Mutombo. Gest ten narodził się w roku 1970 w Zairze. Czteroletni Mutombo przedrzeźniał swoją mamę, która zwracała mu uwagę, żeby nie drażnił starszego brata. Dziesięć lat później Dikembe po raz pierwszy zaprezentował merdający paluszek podczas meczu koszykówki nastolatków. I tak to trwało aż do ubiegłego tygodnia. Ciekawe, prawda?
Złota myśl
Pewnie nikt nie myślał, że tego wielkiego chłopa będą kiedyś znosić z parkietu na noszach. Odchodzę jak ranny żołnierz. Ale myślę, że to też była piękna chwila -pokazująca poświęcenie dla ligi, dla drużyny, dla kolegów z zespołu - Dikembe Mutombo.
I tego gościa z czystym sumieniem mogę nazwać wielkim sportowcem. Szacun.
Dikembe Mutombo grał w NBA w momencie, kiedy uczyłem się zasad tego sportu. W tym roku zakończył karierę. Jego piękną (wartą nakręcenia łzawego filmu) historię opisują Michał Rutkowski i Paweł Wujec w serwisie sport.pl:
Fruwając pod koszem: Wielkie chłopisko o wielkim sercu

W dzieciństwie marzył, że gdy urośnie, zostanie lekarzem. Ale urósł tak bardzo, że nie mógł nie zostać koszykarzem. Swoje marzenie z dzieciństwa realizuje, budując szpitale.
Dikembe Mutombo spędził w NBA 18 lat. Odnosił sukcesy m.in. w Denver Nuggets, Atlanta Hawks, Philadelphii 76ers i New Jersey Nets. To z nim wiąże się jeden z najpiękniejszych obrazków w historii play-offów NBA, jaki pamiętamy: rok 1994, pierwsza runda play-offów, końcowa syrena, wielki facet długo leży na plecach, kurczowo trzymając piłkę ponad głową, na twarzy maluje się pełnia szczęścia i najszerszy uśmiech świata. Denver Nuggets właśnie sprawili największą sensację w historii NBA, eliminując rozstawionych z jedynką Seattle Supersonics (tę wzruszającą scenkę można sobie przypomnieć w naszym blogu Supergigant.blox.pl).
Ostatnie pięć lat Dikembe spędził w Houston jako zmiennik Yao Minga. Karierę zamierzał zakończyć już po poprzednim, znakomitym sezonie okraszonym 22-meczową serią zwycięstw Rockets z rzędu, podczas której godnie zastępował kontuzjowanego Yao. Ale kiedy dowiedział się o niesnaskach w szatni na linii McGrady - Yao - Ron Artest, w grudniu dał się namówić władzom klubu na jeszcze jeden comeback: "Zrobię z tym porządek - może złapię kilku za łby, stuknę jednym o drugi i wszystko wróci do normy".
I wróciło. Rockets awansowali do play-offów z piątego miejsca na Zachodzie, w pierwszym wyjazdowym meczu pokonali Portland Trail Blazers. Mutombo zagrał jak młodzieniaszek, zebrał dziewięć piłek, zaliczył dwa bloki w 18 minut.
W pierwszej kwarcie meczu nr 2 Mutombo upadł na ziemię po niegroźnym starciu z młodszym o 22 lata Gregiem Odenem. 43-letnie kolano powiedziało dość. Koledzy znieśli płaczącego Mutombo na noszach z parkietu. Jego kariera koszykarska dobiegła końca.
Odchodzi wielki koszykarz o bardzo wielkim sercu. Mutombo tak tłumaczył, dlaczego zrezygnował z medycyny i został koszykarzem: "Kiedy podpisałem pierwszy wielomilionowy kontrakt z Denver Nuggets, zrozumiałem, że mogę bardziej pomóc moim rodakom, grając w koszykówkę, niż będąc lekarzem". I zamiast jak typowy koszykarz NBA wydawać swoje pensje na pałace, limuzyny i biżuterię, rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność charytatywną. W 1997 roku założył fundację własnego imienia, zbierając datki na walkę z biedą w Kongu. Adoptował czworo dzieci. Sfinansował wyjazd kobiecej koszykarskiej reprezentacji Konga na olimpiadę w Atlancie. Zorganizował program "Koszykówka bez granic", w ramach którego odbywał wraz z kolegami z NBA tournée po Afryce. Był rzecznikiem wielu organizacji charytatywnych, dostawał mnóstwo nagród za swoją działalność. Jak mówi: "Dzięki NBA otworzyło się przede mną wiele drzwi. Muszę pamiętać, żeby jak najwięcej ludzi miało szansę przejść przez te drzwi. To jest afrykański sposób na życie".

Trzy lata temu, po dziewięciu latach gromadzenia funduszy, sporów z władzami Konga o ziemię i samej budowy fundacja Mutombo otworzyła w Kinszasie, stolicy Konga, nowoczesny szpital na 300 łóżek - Biamba Marie Mutombo (imienia matki Dikembe, która zmarła 12 lat temu na atak serca, bo nie było dla niej miejsca w szpitalu). To pierwszy szpital zbudowany w Kinszasie od blisko 40 lat. Mutombo zapewnił ponad połowę z 29 mln dol., które pochłonęło całe przedsięwzięcie. Był szczęśliwy, bo spełniło się marzenie jego życia: "Kiedy złapiesz windę, która zawiezie cię na sam szczyt, nie zapomnij posłać jej z powrotem na dół, żeby ktoś jeszcze mógł nią wjechać. To mój sposób na posłanie windy z powrotem na dół".
Dikembe Mutombo nie będzie już mógł się realizować jako wielki koszykarz. Ale będzie miał mnóstwo czasu, żeby się realizować jako dobry człowiek.
PS Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie wspominamy najlepsze momenty z kariery Mutombo, jego charakterystyczny tubalny głos a la Lord Vader i poczucie humoru.

Kronika towarzyska
Kilka tygodni temu Dikembe Mutombo został ukarany przewinieniem technicznym i grzywną, bo z ławki narzekał na pracę arbitrów. Dziennikarze przyłapali go potem w szatni z komórką w dłoni: "Mam na linii komisarza Sterna. Powiem mu, że NBA nie potrzebuje mojego tysiąca dolarów grzywny. W Afryce jest mnóstwo głodnych dzieci i chyba nie chcecie zabierać im jedzenia?".
Ciekawostki
Dikembe naprawdę nazywa się Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamba Jean-Jacques Wamutombo.
Jest drugim najlepiej blokującym koszykarzem w historii NBA (3289 bloków), za Hakeemem Olajuwonem.
Czterokrotnie był wybierany na najlepszego obrońcę w NBA, ośmiokrotnie grał w Meczu Gwiazd.
Mówi płynnie po angielsku, francusku, hiszpańsku, portugalsku i w pięciu narzeczach afrykańskich.
Charakterystycznym gestem Dikembe był tzw. finger wag (merdający paluszek) następujący zazwyczaj po udanym bloku na przeciwniku. Symbolizował on przekaz: "nie w moim domu", bo teren wokół kosza drużyny Mutombo to teren należący do Mutombo. Gest ten narodził się w roku 1970 w Zairze. Czteroletni Mutombo przedrzeźniał swoją mamę, która zwracała mu uwagę, żeby nie drażnił starszego brata. Dziesięć lat później Dikembe po raz pierwszy zaprezentował merdający paluszek podczas meczu koszykówki nastolatków. I tak to trwało aż do ubiegłego tygodnia. Ciekawe, prawda?
Złota myśl
Pewnie nikt nie myślał, że tego wielkiego chłopa będą kiedyś znosić z parkietu na noszach. Odchodzę jak ranny żołnierz. Ale myślę, że to też była piękna chwila -pokazująca poświęcenie dla ligi, dla drużyny, dla kolegów z zespołu - Dikembe Mutombo.
I tego gościa z czystym sumieniem mogę nazwać wielkim sportowcem. Szacun.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
