wtorek, 3 lutego 2009

niedziela, 1 lutego 2009

Moje świadectwo

Nie uwierzycie. Sam jestem wstrząśnięty.

Zwyczajny niedzielny poranek. Małe miasteczko w centrum kraju. Idę sobie zwyczajnie bez celu chodniczkiem i rozmyślam o byle czym.
Nagle to poczułem. Najpierw zrobiło mi się jakby cieplej, potem zza chmur wyjrzało słońce. Jego promień dotknął mojego serca i umysłu.
Spojrzałem na chodnik. Po hucznej sobocie nie był on zbyt sterylny, walały się jakieś liście, resztki śniegu, jakaś zmrożona psia kupa. Przyjrzałem się dokładniej. Tak, byłem pewien. Na tym chodniku ukazała mi się Matka Boska. Jej Święty Wizerunek był ułożony z patyków i liści. To nie był przypadek, nie mogła tego wykonać ręka ludzka. Padłem na kolana i zacząłem się gorliwie modlić. Potem postawiłem znicz i zwołałem koleżanki z kółka różańcowego, ale w międzyczasie jakiś satanista wyprowadził swojego szatańskiego cerbera, który podeptał przenajświętszy wizerunek.
Ale on tam był. To był cud.

Do napisania tego posta zainspirowała mnie ta sytuacja (jeśli nie obejrzysz, to nie będziesz wiedział o co mi chodzi): http://www.tvn24.pl/2076963,0,0,1,1,wideo.html

Disklejmer I: Ludzie. Nie kpię sobie bynajmniej z katolików czy z żadnych innych wierzących. Kpię sobie natomiast z BANDY PIERDOLNIĘTYCH KRETYNÓW, KTÓRZY NAWET W GRZYBIE, JAKI MI SIĘ ZROBIŁ W AKADEMIKU NA PODŁODZE (BO PIWO MI SIĘ WYLAŁO) ZOBACZĄ MATKĘ BOSKĄ. Przecież to jest kurwa jakaś parodia. To WY, którzy identyfikujecie się z katolicyzmem powinniście tych idiotów wykluczyć, bo narażają Was na śmieszność.

Disklejmer II: Spotkałem w swoim życiu wielu ludzi szczerze i prawdziwie wierzących w jakiegoś Boga, ludzi którzy przestrzegali zasad, jakie narzucała im ich religia i było im z tym ok. Przy tym owi ludzie nie byli frajerami, czcili swoich Bogów, ale kurwa nie doszukiwali się cudów w byle czym. Nie potępiam nikogo. Wielu z tych, którzy naprawdę wierzą, należy do moich przyjaciół, wielu z nich zainspirowało mnie do zrobienia czegoś dobrego, wielu z nich to wspaniali ludzie, z których ludzkość powinna być dumna. Nie modlą się do sęku. Nie modlą się do księży. Modlą się do Boga, w którego wierzą. I szacun.

Disklejmer III: Jestem zwolennikiem podziwiania natury. To właśnie ona stanowi zagadkę życia, ona stanowi o pięknie tego świata i mojego życia - wszak ludzie też do niej należą. Ale ona nie jest moim bogiem (mała litera umyślna, podobnie jak wielkie litery w poprzednich akapitach). Mogę ją podziwiać, chronić, w pewien sposób czcić i darzyć szacunkiem jej siłę.

Ale kurwa. To, co jest na tym filmiku jest zwyczajnie śmieszne. Ogarnijcie się do cholery.

wtorek, 20 stycznia 2009

No i zobaczmy, co z tego wyszło.

Właśnie się zorientowałem, że mamy już 20 stycznia. Sesja za pasem, ale zamiast uczyć się pierdół właśnie marnuję czas na inne pierdoły. Czytam sobie styczniowego Metal Hammera. Nie jestem fanem tego pisma, aczkolwiek czasami lubię sobie spojrzeć, co też ludzie z Metal Mind nawymyślali. W czytanym przeze mnie styczniowym wydaniu znajduje się podsumowanie (a jakże!) minionego roku. Mamy obszerny artykuł, do tego każdy z redaktorów MH sporządził swoją własną listę różnych takich tam. Jako samozwańczy znawca muzyki metalowej postanowiłem skonfrontować swoje odczucia z odczuciami owych redaktorów. Zatem poniżej macie moje własne zestawienie hitów i kitów, a także mój komentarz do tego, czym się podniecano we wspomnianym wyżej artykule. Polemika? W komentarzu, proszę.

Płyta roku:
Polska

1. Acid Drinkers - Verses of Steel
Na mój gust najlepsza płyta Kwasożłopów. I to po tylu latach na scenie. Nowoczesna jak cholera, a jednocześnie Acidowa jak zwykle.
2. Frontside - Teoria Konspiracji
Demon i ekipa mnie rozjebali tym albumem. Przywalili do pieca jak nigdy. Spodziewałem się dobrego albumu, ale nie aż tak.
3. Hermh - Cold+Blood+Messiah
Nie jestem jakimś wielkim fanem black metalu, ale Hermh swoim nowym dziełem bardzo mnie do tego gatunku zbliżył. Jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt.
4. Virgin Snatch - Act of Grace
To też nie zaskoczenie. VS ciągle miażdży.
5. Czesław Śpiewa - Debiut
O tym genialnym albumie napisano już tyle, że wystarczy, jak sobie czytelniku przeczytasz jakąkolwiek recenzję (warto odnotować, że to jedyny zgoła niemetalowy album w zetawieniu!)
6. NoNe - The Rising
Oj, czekałem na tę płytę długo. Panowie z NoNe porzucili groove metalowe granie i wysmażyli jeden z pierwszych polskich klasyków metalcore'a.
7. Black River - Black River
Takiego oddechu na rodzimej scenie brakowało mi od dawna.
8. Vesania - Distractive Killusions
Kolejny black metalowy album, który zamieszał mi w głowie. Na pewne nazwiska zawsze można liczyć.
9. Totentanz - Zimny Dom
Totentanz to jedna z niewielu kapel w kraju, które potrafią świetnie grać inteligentnego rocka nie siląc się na kopie gównianej Budki Suflera.
10. 1125 - For When Tomorrow Comes
Za wytrwałość i skuteczność.
Świat:

1. Volbeat - Guitar Gangsters & Cadillac Blood
Ile ja życia przez tę płytę straciłem...
2. Trivium - Shogun
Panowie z Trivium zaskoczyli bardzo dojrzałym thrash metalem. Nie dziwota, że niejaki Kirk Hammet przyznaje się do inspiracji Trivium.
3. Machinery - The Passing
Niesamowite połączenie siły i melodii. Bardzo wciągający album kolesi, o których mało kto słyszał.
4. Gojira - The Way of All Flesh
Dla mnie to normalne, że żabojady z Gojira robią takie albumy, które czuję gdzieś w podbrzuszu.
5. Bullet for my Valentine - Scream Aim Fire
Kiedy się wyrasta z emo, zaczyna się grać thrash!?
6. Cavalera Conspiracy - Inflikted
Twór raczej sztuczny, ale skuteczny. Długo się wzbraniałem.
7. Heaven Shall Burn - Iconoclast
Już chyba tylko oni jedni grają metalcore, którego da się słuchać.
8. Testament - Formation of Damnation
Nie dali dupy nawet po iluśtam latach. Mocny thrashowy kop, jakiego potrzebowałem.
9. Born From Pain - Survival
NY Hardcore z Holandii, który - dziwnym trafem - skutecznie do mnie przemawia.
10. All Shall Perish - Awaken The Dreamers
Kawał brutalnego deathcore'a. Ta płyta definiuje gatunek.


Największe pozytywne zaskoczenie:
1. Renesans black metalu
2. Metalcore na polskim gruncie w końcu zaczął się przyjmować (vide: NoNe, Frontside)
3. Daray w Dimmu Borgir i w Hunter

Największe negatywne zaskoczenie:
1. Niespodziewane odejścia - Olass (Acid Drinkers) i Tomek Górawski (Neolith)
2. Slipknot - All Hope is Gone - nie przemawia do mnie. Gdyby to było Stone Sour, to ok. Ale Slipknot?
3. Powrót Guns n' Roses - zasadniczo nie mam nic przeciwko powrotom, ale ten jakoś negatywnie na mnie działa. Nie przepadam za dyktatorkiem Axlem.
4. Coma - Hipertrofia - nie rozumiem tej płyty

Nadzieje na 2009:

1. Nowy album Hunter.
2. Nowy album Rootwater.
3. Nowy album Chhimairy.
4. Nowy album Lamb of God.
5. Nowy album Behemoth.
6. Nowe albumy całej reszty.

Odkrycie roku:

Polska:
1. Ketha

Świat:
1. Machinery


To, co tu umieściłem nie jest jakoś specjalnie przemyślane, zatem mogłem o czymś zapomnieć.

Teraz czas na część odnoszącą się do artykułu Lercha. Proszę zauważyć, że to, co napisałem, jest tylko i wyłącznie moim zdaniem. Nie neguję gustu Lercha. Odnoszę się tylko do albumów i zjawisk, o których napisał w swoim podsumowaniu 2008.

Metallica - Death Magnetic. W zasadzie nie mam nic do dodania. Płyta jest dobra, acz nie wybitna. Ale i tak wszyscy mają uśmiech na mordzie i wydają na nią kasę. Z niżej podpisanym włącznie. Dlaczego? Bo to jest METALLICA.

Guns n' Roses - Chinese Democracy. Pisałem o tym wyżej. Nie mam nic do dodania. Lerch w sumie, oprócz omówienia sukcesu marketingowego albumu, też nie.

Cavalera Conspiracy - Inflikted. Igorowi C. zabrakło chyba czegoś w życiu (grania metalu? pieniążków?) i wrócił do braciszka (bo grania metalu i pieniążków raczej nie brakło Maxowi). Wyszła niezła płyta.

Testament - The Formation of Damnation. Cieszę się jak dziecko z tego powrotu.

At The Gates i Carcass - Carcass jakoś nie był nigdy moim faworytem, ale At The Gates to jedni z moich autorytetów metalowych. Na tych comebackach bez wątpienia wszyscy zyskają.

Cynic - Nie słyszałem nowej płyty, ale słyszałem starą i to mi wystarczy, żeby się cieszyć.

Agonia metalcore - przypadkiem użyłem prawie cytatu z Lercha pisząc o Iconoclast grupy Heaven Shall Burn. Po zastanowieniu przypomniała mi się jeszcze niezła płyta Unearth - The March. Niestety/na szczęście metalcore dogorywa. Na placu boju zostaną jedynie najlepsi, cała masa xerokopii odejdzie w cień bądź zmieni stylistykę/dorośnie do grania czegoś innego. HSB ma zapewnione miejsce w pierwszej lidze tego gatunku. Zmieszczą się jeszcze Killswitch Engage (w końcu prekursorzy gatunku), As I Lay Dying, Unearth, Caliban, Maroon, Neaera (choć waham się pomiędzy deathcorem) i kilka innych. Za to w Polsce metalcore dopiero zaczął się rodzić - wyśmienite albumy Frontside i NoNe są tego potwierdzeniem.

O death metalu nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Niewiele deathowych płyt w 2008 przykuło moją uwagę. Muzycznie bez wątpienia rządził Behemoth, zamieszanie zrobił Vader (poprzez problemy kadrowe). Oprócz tego wspomnieć należy Job for a Cowboy, Misery Index, Amon Amarth, Benediction, Illdisposed zapowiedź nowego Armagedon, Napalm Death.

Black metal zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Nigdy nie byłem wielkim słuchaczem tego typu dźwięków, a tu proszę - co chwila coś wpadało w ucho. Polski Hermh wymiótł albumem na najwyższym poziomie, świetnie spisali się także panowie z Vesanii. Crionics pozostawił po sobie ciekawą płytę. Na świecie zdominował Keep of Kalessin, polubiłem nową płytę Cradle of Filth. Za odkrycie roku uważam trójmiejską grupę Hesperus Dimension.

Rock 'n' roll żyje głównie dzięki Duńczykom z Volbeat i naszym z Black River. Fajne rzeczy robią też inni nasi rodacy z Soulburners, Pavulon Twist i Jack Daniels Overdrive. Mam nadzieję, że wróci Corruption. Na świecie? AC/DC nie dało plamy, gdzieś tam przewinęły się Airbourne, Black Tide, Black Stone Cherry dali ciała, Chrome Division bez rewelacji. Motorhead bez zarzutu (bo co im można zarzucić?). Słuchałem głównie starych płyt Alabama Thunderpussy, Zeke, Orange Goblin, Backyard Babies, Clutch, Nashville Pussy, Rose Tattoo, Unida i niezastąpionego Down. Kilka kapitalnych odkryć: Diablo Red, składanki Sucking the 70s i Skullboogey. Doom metalowo zarządził Serpentcult i Tiamat.

Nowych Mars Volty i Cult of Luna nie słyszałem, za to Meshuggah zgodnie z przewidywaniami - wysoki poziom. Conquer Soulfly myli mi się z Inflikted CC, obie płytki na dobrą sprawę podobne, ale dają kawał metalowej radochy. Slipknot zawiódł. I tu się rozczarowałem bardzo, bo liczyłem na epokowe dzieło. A tutaj jakoś mało Slipknota. Gdyby na coverze albumu widniało logo Stone Sour wszystko byłoby zajebiście, dalej czekałbym na bezkompromisowego, brutalnego i chorego Slipknota. A tak...

Judas Priest i Venom jakoś specjalnie mojego ciśnienia nie podnieśli. Trivium natomiast nagrało jeden z najlepszych dla mnie albumów 2008, więc nie uważam, żeby Shogun miał być albumem nietrafionym. In Flames rzeczywiście zwolnili, ale poniżej poziomu przyzwoitości nie spadli. The Haunted faktycznie wypadli blado na tle konkurencji.

Dalej pisać mi się zwyczajnie nie chce, zresztą najważniejsze nazwy i tytuły już padły, więc nie ma sensu się rozwodzić. Wszelkie dyskusje jak najbardziej dozwolone.

PS. Wyszedł jeden z najdłuższych postów w historii tego bloga. A powinienem się uczyć.

niedziela, 11 stycznia 2009

Rock według Smołki

Na stronie nieistniejącego już Radia Wolna Chata, w opisie mojej osoby znalazł się cytat z mojego przyjaciela matiego_urundy: "Czy można sobie wyobrazić Nauma bez metalu? Można. Ale po co?". Przytaczam te słowa na potwierdzenie tezy, że w kwestiach heavy metalu (a co za tym idzie ogólnopojętego rocka) jestem obeznany. Poza samą fascynacją dźwiękami (być może ze względu na kierunek studiów) bacznie obserwuję wszystko, co jest związane z pojęciem "rock". Mam swoje przemyślenia. Dużo przemyśleń. Koniec wstępu.

Z konieczności zapoznałem się z książeczką niejakiego Tomasza Smołki pt. "Inwazja decybeli czyli muzyka rockowa i okolice". Po lekturze mogę z czystym sumieniem napisać tak: jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli skorzystać z informacji zawartych w tej publikacji, chociażby po to, żeby ich użyć w jakiejś innej pracy - nie róbcie tego. Mam nieodparte wrażenie, że pan Smołka nie miał zielonego pojęcia o szeroko pojętej kulturze rocka. Wrażenie mogą robić przytaczane gęsto przykłady nagrań, wywiadów itp, z tym, że autor wysnuwa zupełnie błędne wnioski. Błędy merytoryczne? Cała masa, jest z czego wybierać. Trzeba mu natomiast oddać, że stara się być za wszelką cenę obiektywny - a może się nie stara, nie trudno o obiektywizm, jeśli jest się w temacie laikiem.
Generalnie większość tez podanych w tej książce potrafię obalić.



Jak przejdę na emeryturę i będę miał w chuj wolnego czasu to napiszę wtedy książkę będącą odpowiedzią na teorie pana Smołki. Jest tego za dużo, żeby umieszczać na blogu, zresztą, żeby to zrobić musiałbym przewertować książkę ponownie (nie robiłem notatek), a na to nie mam ochoty.

Najbardziej ukłuł mnie fakt, że owa publikacja jest ponoć poprawioną wersją pracy magisterskiej Tomasza Smołki. Ktoś to sprawdził? Chcę poznać tego recenzenta, z chęcią zasiądę do dyskusji z oboma panami przy szklaneczce whisky.

Czytałeś? Masz inne zdanie? Napisz. Ale i tak wątpię, żebyś czytał.

sobota, 3 stycznia 2009

troche o mnie

To już trzeci wpis dziś, ale co tam.

Tym razem będziecie się mogli dowiedzieć czegoś o mnie. Np. stąd: http://areszto.wany.pl/i/1062007/%C5%BBuromin/Jakub-Milszewski.html

A przy pomocy strony ZegarŚmierci.info powiem Wam, co następuje:

Dożyję dokładnie:
- wariant neutralny:

42 lata, 9 miesięcy i 30 dni (co by się zgadzało z moimi przewidywaniami).

Przewidywana data śmierci: 29 styczeń 2031

- wariant optymistyczny:

51 lat, 11 miesięcy i 5 dni

Przewidywana data śmierci: 4 marzec 2040 (ogólnie rzecz biorąc sram na taki optymizm)

- wariant pesymistyczny:

32 lata, 1 miesiąc i 24 dni

Przewidywana data śmierci: 23 maj 2020

Możliwe, że zejdę z powodu upału, pokarmu albo alkoholu.

Niech mi ziemia lekką będzie:
http://oniet.o0o.pl/Polska/7-20/Jakub-Milszewski.html

Poza tym:

Moje życie jest warte 71756 złociszy!





Wartość moich zwłok to:


29767 zł


Sprawdź wartość swoich »






Moja pośmiertna reinkarnacja to: Krab




No i niestety: http://pantoflarz.o0o.pl/wynik/NDUz/SmFrdWI= (choć z tym się nie zgadzam - zainteresowane panie proszę o obronę mojej skromnej osoby w komentarzach).

Mój majątek będzie wart 683 871zł, a Twój?




Najlepsze miejsce na tatuaż to lewe przedramię!




Nie zadzieraj ze mną, jestem bardziej walnięty niż 75% ludzi!




Na 35% spotkasz mnie w piekle!

Kolejne zjawisko paranormalne

Z cyklu "W starym kinie z Naumatorem":

Mrożąca krew w żyłach historia o tym, jak w pewnej wsi na Pomorzu 40 hektarów pola zostało w tajemniczych okolicznościach obsiane konopiami (czy indyjskimi - nie wiadomo).


z cyklu "W starym kinie z Naumatorem"

Wierzysz w duchy?

Jeśli nie, to nie czytaj dalej, filmu też nie oglądaj.

Jeśli tak - obejrzyj film. Nagranie ponoć autentyczne, z jakiegoś cmentarza. Nie chcę zgadywać jakim językiem posługuje się filmujący, więc nie próbowałem nawet umiejscowić w przybliżeniu miejsca zdarzenia na globusie*.





Ty, co nie wierzysz w duchy. Wiem, że mimo moich zaleceń obejrzałeś film.
Robi wrażenie, nie? Tylko, że to mógłby być kot, pies, hiena cmentarna. Na forum, na którym znalazłem owo nagranie napisano, że ludzkie oczy się tak nie świecą. Ludzkie może i nie, choć nie założyłbym się o to. Ale kocie i psie na bank. Zatem po obejrzeniu filmu dalej nie wierzysz w duchy.

Ty, który w duchy wierzysz. Kot? Pies? Foka? Nie, człowieku. To jest coś więcej. Nie daj się oszukać ignorantom. Zwierzątka domowe nie wywołują takiej paniki u dorosłego faceta, który stoi kilkanaście metrów od nich. Przecież poznałby chyba Mruczka, nie?


Teraz coś ode mnie. Wierzę w duchy, niekoniecznie w formie "pojawiam się na cmentarzu w białym prześcieradle i straszę", bardziej w formie "jakaś nieokreślona energia, pozostałość po kimś, czymś". Film mnie przestraszył, co nie znaczy, że jest prawdziwy. Jak napisał jeden z użytkowników forum, z którego filmik zgapiłem, niejaki Rivera: rownie dobrze moglbym polozyc sobie lisc salaty na glowie i to nagrac w ciemnym pomieszczeniu, opatrzyc to tytulem "wynurzajacy sie z zza komody reptylianin" (bardzo odpowiada mi poczucie humoru gościa). Być może film straszy na tej samej zasadzie jak kinowe horrory - po prostu coś jest nagle, bez zaskoczenia, bo przecież na to czekamy, coś wygląda paskudnie i zaraz na ekranie poleje się keczup.
A może nie...
Jeszcze nie wiem. JESZCZE.

W "Kryminalnych zagadkach" wrzuciliby nagranie do kompa, a on podałby długość paznokci zjawy. Ale mój laptop takich cudów nie robi.


* Przypomniał mi się jeden z ulubionych tekstów mojego kumpla z licealnej ławy - Rokiego: Ej, masz globus Warszawy?


PS. Po kilkakrotnym obejrzeniu stwierdzam, że zjawa ma kształt kobiety albo faceta z długimi włosami. Postać klęczy przy grobie w długiej szacie, czyli prześcieradle jak w mordę strzelił.

piątek, 19 grudnia 2008

święta, duperele...




Nie lubię świąt. Jak cholera. Dziwne?

A zastanów się na chwilę. Jak bardzo imponują Ci kolorowe plastykowe światełka dookoła? Gadające i tańczące mikołaje? Tłumy ludzi w centrach handlowych? Tzw. Boże Narodzenie to święto cholernego konsumpcjonizmu. Każdy Ci powie, że nie liczy się dostawanie i dawanie prezentów, tylko rodzinna atmosfera, ciepło i takie tam sraty taty. Zapytaj go wtedy, co, ile i za ile kupił swoim bliskim. I jak bliscy dla niego są. Postaw mu wódkę, po wódce ludzie są dla siebie bardziej szczerzy.
Mnie to mierzi, te całe święta, zakupy, sprzątanie, gotowanie, opłatki, życzenia. Przez jeden do trzech dni w roku mam być miły i dobry dla innych. A co, jeśli nie chcę? Co, jeśli na to w moich oczach nie zasługują? Z drugiej strony, staram się okazywać swoją sympatię i szacunek tym, którym chcę przez cały rok (wielokroć mi nie wychodzi, o czym wie najlepiej moja dziewczyna, ale to już inna kwestia). Wiem, że wielu ludzi spośród tych, którzy życzą mi jak najlepiej patrząc mi w oczy w wigilię Bożego Narodzenia najchętniej wrzuciłoby mi suszarkę do wanny. Ja tak nie robię. Dlatego mogę sobie patrzeć w oczy w lustrze i sumienie mnie nie gryzie.

Już nie wspominając, że nie bardzo wierzę w te bosko-diabelskie sprawy.

Chrześcijaństwo to tylko kolejny kult solarny, kontynuacja innych kultów. Każdy z nich miał swoje najlepsze dni w innej erze zodiakalnej. W tych sprawach najlepiej moje poglądy opisze film Zeitgeist:

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Metallica - All Nightmare Long

Nie puszczą tego w żadnej telewizji, mimo, że nagrał to Warner Bros. Nie puszczą tego ze względu na długość i zawartość. Ale to jest ZAJEBISTE!! To jeden z najlepszych teledysków jakie w życiu widziałem. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, ale powinien dostać pieprzonego Oscara. Poświęćcie 10 minut i obejrzyjcie to tutaj.
Po prostu geniusz.

Apdejt: zapomniałem o poprzednim teledysku, tym do kawałka "The Day That Never Comes". Nie jest na pewno tak oryginalny jak "All Nightmare Long", ale przez chwilę trzyma w napięciu lepiej, niż niejeden thriller. I puszczają go w TV. Możecie obczaić tutaj.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Aleksander "Olass" Mendyk





Uwielbiam NoNe. Uwielbiam Acid Drinkers. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem NoNe rozwalili mnie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ich na żywo zostałem zmieciony. Tego samego dnia zresztą widziałem pierwszy raz na żywo Acid Drinkers. W obu kapelach zagrał Olass. W obu odgrywał bardzo ważną rolę. Gdyby żył dalej stałby się pewnie jedną z legend polskiego metalu. Dużo mu nie zabrakło.

Nieco ponad rok temu zmarł Vitek, perkusista Decapitated. Było mi cholernie żal. Jednak o wiele bardziej szkoda mi Olassa. Był mi jakiś bliższy.

Kurwa, może to tak już jest, że co roku, w listopadzie i grudniu odchodzą zajebiści muzycy metalowi?

Spoczywaj w pokoju, Olo.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Cud? A może efekt działalności Szatana?

Za niewiarygodne.pl:

Rosja: ukradziono kościół

Kapłani przecierali oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że kościół, którego działalność miała zostać wznowiona, został skradziony. Nie, nie chodzi wyłącznie o kradzież wyposażenia świątyni, ale o kradzież całego kościoła. Rosyjska policja już wszczęła śledztwo, a głównymi podejrzanymi są mieszkańcy pobliskiej wsi.

Skradziony kościół to 200-letnia cerkiew, która przez długi czas służyła jako szkoła dla chorych dzieci. Władze kościoła chciały jednak, by dwupiętrowy budynek znów pełnił funkcję domu modlitwy. Gdy przedstawiciele kościoła prawosławnego pojawili się na miejscu, okazało się, że wszelkie plany można schować do szuflady. Budynku już nie było. Agencja "The Associated Press" podała, że kościół widziano po raz ostatni w lipcu. Prawdopodobnie trzy miesiące później, w jego pobliżu zaczęli kręcić się mieszkańcy podmoskiewskiej wsi Komarowo. Wszystko wskazuje na to, że "zwąchali" oni niezły interes i postanowili rozmontować zabytek. Według księdza Witalija, przedsiębiorczy wieśniacy zdemontowali budowlę, cegła po cegle, a potem sprzedali budulec jakiemuś biznesmenowi, w cenie 1 rubla za sztukę.



Kościół Zmartwychwstania oparł się wielu zawieruchom i przetrwał ciężkie czasy komunizmu. Teraz, kiedy wydawało się, że najgorsze ma już za sobą, przestał istnieć za sprawą tych, którzy mienią się ludźmi wierzącymi. Jednak ksiądz Witalij nie pozostawia grabieżcom żadnych wątpliwości. "Ci ludzie dopuścili się bluźnierstwa, a to jest grzech ciężki" - mówi kapłan. Dodatkowo ludzie ci muszą liczyć się z konsekwencjami prawnymi, jakie na pewno ich nie miną.

To nie pierwszy kościół, który nagle zniknął w Rosji. Chyba najbardziej spektakularna likwidacja cerkwi miała miejsce w 1931 r., kiedy na żądanie władz komunistycznych zrównano z ziemią Cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Moskwie - największą tego typu budowlę na świecie. Zanim ją odbudowano, w jej miejscu funkcjonował m.in. basen. Ciekawe, jakie plany mają mieszkańcy Komarowa.





Parafrazując znane powiedzonko: przyjedź do Rosji - Twój kościół już tam jest.

niedziela, 16 listopada 2008

Nostradamus przepowiedział...


Mistrzowie znów powodują...

To się musiało prędzej czy później stać. Po około ponad pół roku przerwy w działalności radiowej, wracam do gry. I to w liczącej się drużynie. W chwili obecnej koordynuję prace nad utworzeniem Wolnego Radia Gdańsk - akademickiego radia Uniwersytetu Gdańskiego, którego studentem jestem. Radio jest tworzone z ramienia Akademickiego Centrum Kultury Alternator. Aktualnie ogarniamy projekt od strony technologicznej - zestawiamy sprzęt i tworzymy stronę internetową.
W inicjalizację owego tworu zaangażonany jest też koleś, z którym stworzyliśmy Radio Wolna Chata - mati_urunda oraz moi dobrzy kumple - Rudolf i Pedro, jak również Dziemian (który jest pomysłodawcą zamieszania i pracownikiem ACK) i Michał Biełuszko (który z kolei jest prezesem ACK). Mamy wsparcie Uniwersytetu, będzie się działo.
Prawdopodobnie niedługo odpalimy nasze macki rekrutacyjne - musimy znaleźć jakąś sprawną kadrę radiową.

Cholera, cieszę się jak dziecko na myśl o tym projekcie. Od jakiegoś czasu razem z Urundą nosiliśmy się z zamiarem reaktywacji Wolnej Chaty, niekoniecznie jako radia, bardziej jako platformy umożliwiającej jakąś działalność w sferze kultury. Teraz, około roku po upadku WC tworzymy instytucję, która będzie o wiele większa i sprawniejsza. Zobaczycie!

Radio Maryja już drży ze strachu w posadach.

Premiera filmowa

Takie coś znalazłem na jednym blogu, niestety zagubiłem gdzieś jego adres, za co autora przepraszam. Nie wiem, czy sam filmik jest również jego autorstwa.



A z racji, że jestem fanem Ojca Dyrektora, jak również mam spełniać już niedługo całkiem podobną funkcję (mam pokierować pewnym radiem, nie zostać zakonnikiem)to (chyba, żeby się nauczyć, jak stworzyć potężne imperium medialne) zadałem sobie trud przegrzebania zasobów Internetu i tak oto trafiłem na takową stroniczkę:

http://recesja.icm.edu.pl/rm/teksty.htm


Enjoy.

środa, 29 października 2008

Ze świata szołbizu

1.
Dowiedziałem się bardzo smutnej rzeczy. Mianowicie koleś, którego znałem jeszcze z czasów liceum jako sympatycznego i wesołego koleżkę popełnił samobójstwo. Ponoć skoczył z piętnastego piętra.


Kamil, kurwa, coś ty zrobił??????



spoczywaj w pokoju, człowieku.



2.
Wieść, którą pozwolę sobie skopiować z bloga Sznapsa:

Nastąpiły lekkie zmiany w spelunie Vat 69. Z powodów czysto odległościowych pomiędzy zespołem a Naumem funkcję głównego wokalisty przejął nasz obecny gitarzysta - Kossa. Ostatnia próba zdecydowanie przekonała nas do jego możliwości przeponowo-gardłowych, co zaowocowało świeżością dodaną do obecnych numerów i przy okazji kolejnym nowym. Z wielką przyjemnością piszę, że repertuar powoli rośnie i sprawia nam wiele frajdy. Jednak nie oznacza to zrezygnowanie z naszej współpracy z Naumatykiem. Rozwiązanie jest takie, ażebśmy mogli grać i ćwiczyć, szlifować wszystko do bysku, zaś Naum, jeśli tylko będzie miał czas, zagości w kapeli jako drugi wokalista i dopracuje swe partie. Nie chcieliśmy po prostu uniezależniać się od jednego człowieka. Dlatego obecny skład kapeli, myślę, że ostateczny, przedstawia się następująco:

Jakub "Kossa" Kossakowski - gitary, wokale
Mateusz "Sznapps" Koziorowski - gitary
Jakub "Kuba" Wojtkiewicz - gitary basowe
Artur "Artie" Woźniak - bębny
+
Jakub "Naum" Milszewski - gościnne wokale


Mój komentarz:
trochę lipa, że tak wyszło, bo byłem cholernie napalony na granie. Nadal jestem, z chęcią bym sobie ponapieprzał trochę metalu. Ale nie mogłem ogarnąć kwestii terminów/dojazdów/noclegów w Płocku. Cóż, zobaczymy jak się sprawa potoczy, w każdym bądź razie nadal czuję się jednym z ojców założycieli Vat 69 i kibicuję panom mocno.



3.
Szybka zmiana klimatu.
Nigdy nie byłem fanem Iron Maiden, bo mnie nudzili. Mogłem posłuchać kawałków paru, ale bez przesady. Hiciory się znało, wiadomo, siedzę w tym heavy metalowym bagienku od lat paru. Nawet zdarzało mi się jakieś koncerciwo widzieć. Ale po tym, co usłyszałem ostatnio, stwierdzam, że Ironi są idealnym zespołem do coverowania. Na dowód klip do utworu "Hallowed by the Name" w wykoaniu jednych z moich ulubieńców, mianowicie Machine Head.



4.

I jeszcze jedno. Znacie program Whose Line It Is Anyway? Ja znam, nie raz zrywałem boki oglądając kolejne odcinki na YouTube. Dziś natknąłem się na JoeMonster.org na petycję o powołanie polskiej edycji programu. Petycja ma być wysłana do zarządu kanału TV4. Ja się podpisałem. Jeśli lubisz się śmiać, to też podpisz.

Ankietka znajduje się pod tym adresem: www.petycje.pl/3461

czwartek, 23 października 2008

Natchnione nauki mistrza Naumatyzmu part III

Wiecie co mnie drażni u ludzi?
Dorastanie. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o sam proces, nie chodzi mi wogóle o stronę biologiczną. Chodzi mi o umysł. Spieszę z wytłumaczeniem.

Większość z nas, ludzi powszechnie nazywanych 'dorosłymi', z rozrzewnieniem wspomina lata dzieciństwa. Niekończące się godziny zabaw, poprzez które iluzorycznie wcielaliśmy w życie nasze dziecięce marzenia. Dziewczynki chciały zostać aktorkami, piosenkarkami, tancerkami, modelkami, lekarkami, nawet paniami sklepowymi. Chłopcy marzyli by być strażakami, żołnierzami, kierowcami, pilotami, muzykami. Ja też tak marzyłem. Wszystko rzecz jasna ewoluowało, moje marzenia się zmieniały, to oczywiste. Ale mam wrażenie, że moje życie potoczyło się dotychczas zupełnie innym torem, niż życie moich kolegów z piaskownicy czy szkolnej ławy.
Drogi czytelniku, przypomnij sobie teraz swoje lata młodzieńcze (o ile masz je już za sobą). Ile razy rodzice powtarzali Ci "mógłbyś już dorosnąć" czy "spoważniej w końcu"? Do znudzenia, prawda? I chcąc, nie chcąc, nadchodzi taki moment, że rzeczywiście 'się dorasta' i 'się poważnieje'. Wtedy wchodzi się do elitarnego grona ludzi 'dorosłych', ludzi, którzy mają swoje sprawy, swoje problemy. Wraz z tym 'dorastaniem' i 'poważnieniem' zapominamy o naszych dziecięcych marzeniach, zaczynamy żyć tak, jak inni. Stajemy się kalką. 'Dorastanie' niezauważalnie wepchnęło nas w formę, jak u Gombrowicza. Jesteśmy modelowi, ponieważ nie zaskakujemy, ponieważ nie mamy indywidualności, mimo, iż nam się to wmawia. Mówimy to samo, myślimy to samo, tak samo jemy, śpimy, wydalamy, nosimy te same ubrania, słuchamy tej samej muzyki. Jesteśmy dumni, że w końcu udało nam się wyjść z tego błędu dzieciństwa, że udało nam się w końcu dorosnąć.
Czy to takie fajne?
Czas na przykład. Ja w dzieciństwie chciałem zostać muzykiem. Teraz mam 20 lat, kiedy ktoś pyta mnie, co chcę robić po studiach, odpowiadam: "Chcę zostać gwiazdą rocka". Wszyscy traktują to jak żart, bo jak człowiek młody, ale - bądź, co bądź - dorosły, może żyć takimi niepoważnymi i dziecinnymi marzeniami? A czym mam żyć, do cholery???? Nigdy nie marzyłem o pracy za biurkiem, 8 godzin dziennie przystawiania pieczątek i podliczania słupków. Marzyłem o przygodach, o muzyce, o fanach, o adrenalinie. Czy to jakiś wstyd? Nie. Jestem dumny, że cały czas żyję tymi dziecinnymi marzeniami. A ilu z nas już przegrało, bo o nich zapomniało?
To wszystko owocuje. Owocuje motywacją do działania. Motywacja do działania owocuje działaniem. Dalej jest z górki. Dlatego to JA jestem zadowolony z mojego dotychczasowego życia. Dlatego o mnie mówią, że jestem 'dzieckiem szczęścia', że mi się znów 'udało'.

Praca domowa dla Ciebie, Czytelniku: stań się znów dzieckiem. Przypomnij sobie, o czym marzyłeś w dzieciństwie. Zastanów się, czy zrealizowałeś marzenia. Jeśli tak, to pomyśl, czy dało Ci to szczęście. Jeśli nie, to zastanów się, czy da ci to satysfakcję. Jeśli tak, to pomyśl, czy masz jeszcze szansę owo marzenie zrealizować, czy już przegrałeś. Zrealizuj. Jeśli nie dasz rady, nie poddawaj się. Pamiętaj, że dzieci mają całe mnóstwo marzeń.
Wyzwól się z więzów dorosłości.





Po właściwym poście coś do przemyślenia:
Odnalezione na portalu gazeta.pl dnia 24 października o godzinie 2.08.

"Japonka aresztowana za zabójstwo wirtualnego męża


Wściekła z powodu rozwodu z wirtualnym mężem Japonka zalogowała się na jego konto w grze internetowej i zabiła należącą do niego postać. Została za to aresztowana, grozi jej do pięciu lat więzienia - poinformowała w czwartek japońska policja.
W wirtualnym świecie gry "Maple Story" postać należąca do 43- letniej nauczycielki gry na pianinie poślubiła bohatera 33- letniego pracownika biurowego. Kiedy ten postanowił się z nią rozwieść, rozgoryczona zalogowała się na jego konto i zabiła jego bohatera. Mężczyzna zawiadomił policję.

- To był nagły rozwód, bez słowa ostrzeżenia. Głęboko mnie to zirytowało - tłumaczyła się ze swojej zbrodni. Wirtualna mężobójczyni nie planowała odwetu w rzeczywistym świecie.

Kobieta jest podejrzana o włamanie do komputera i manipulację danymi elektronicznymi. Nie postawiono jej na razie formalnych zarzutów, jednak jeśli zostanie uznana za winną, grozi jej do pięciu lat więzienia lub grzywna do 5 tys. dolarów.

W ostatnich latach coraz częściej wirtualne życie ma konsekwencje w świecie rzeczywistym. W sierpniu w USA pewnej kobiecie zarzucono, że planowała uprowadzenie przyjaciela poznanego w grze społecznościowej "Second Life". Z kolei w Tokio 16-latek został oskarżony o kradzież hasła innego gracza, by wyłudzić wirtualną walutę wartą 360 tys. dolarów.

Źródło: Policyjni.pl"

Myślę, że komentarz jest zbędny.

środa, 8 października 2008

z racji wakacji

W związku z tym, że nie dzieje się nic, o czym chciałoby mi się tutaj pisać, wrzucam dwie recenzje. Napisałem je na potrzeby portalu wolnachata.com, ale ten jest chwilowo zamknięty.
Proponuję dwa polskie bandy, jeśli ich nie słyszałeś jeszcze toś trąba.

Black River – Black River


Nie wiem, co spowodowało fakt, iż na całym globie nagle zaroiło się od kapel, które określają się jako “rock 'n' rollowe” ustawiając ołtarzyki częściej Lemmy'emu niż Elvisowi. Nie wiem, ale się cieszę. Owa fala dotarła również do naszego kraju - pewnego pięknego dnia z czapy odkryłem z tuzin kapel parających się takową muzyką. I, co najlepsze, większość z nich naprawdę zajebiście kopie dupę. Jestem pewien, że przynajmniej część z tych bandów wypłynie na szerokie wody. Na pewno najgłośniej będzie o Black River.


Black River to supergrupa. Zespół złożony z muzyków, których nie można nazwać niedzielnymi. Ci goście wycierają rodzime (i nie tylko) sceny nie od dziś i potrafią grać. A co najciekawsze, wydają właśnie debiutancką płytę, choć Black River to nie jest nowy projekt, a nawet jest. Już wyjaśniam. Black River to zespół powstały na gruzach legendarnego już Neolithic. W jego szeregach znajdują się obecnie: vaderowy perkusista Daray, behemothowy basowy Orion, Art popylający na gitarce w innym rock 'n' rollowym majstersztyku Soulburners i stary znajomy Kay, na wokalu zaś człowiek – charyzma, czyli Maciek Taff, etatowy śpiewak Rootwater i jednocześnie mój wokalny ulubieniec. Widać więc, dlaczego nazwałem ten twór supergrupą. W jednym z wywiadów Kay stwierdził, że muzycy weszli do studia jako Neolithic, wyszli jako Black River. I owszem, nie jest to Neolithic. Muzyka jest inna. Jest to kawał zajebistego hard rocka, nie tak brudnego jak u Motorhead, nie tak piosenkowego jak u Volbeat. Oryginalnego, wciągającego. Tej płyty naprawdę cholernie dobrze się słucha. Mamy tu sporo nawiązań klasyki gatunku, kojarzy mi się najmocniej Black Label Society (to już jest jakaś tam klasyka, nie?). Do rzeczy. Na krążku znajduje się 9 utworów + akustyczna wersja balladki “Silence” jako wyciszacz na końcu. Początek mocno kopie w dupę. Pierwszy na płycie, “Negative”, to prawdziwa perełka. Takiego riffu bardziej bym się spodziewał po Corruption niż po Black River (po których właściwie nie wiedziałem czego się spodziewać). Kolejny numer, “Free Man”, całkiem fajnie buja, wydaje się jakiś mocno emocjonalny (ale nie bójcie się sztampy). Świetne wrażenie robi “Night Lover”. Przy “Street Games” chciało by się ruszyć gdzieś pod samiutką scenę. “Punky Blonde” stanowi esencję stylu Black River, pewnie dlatego do tego kawałka nagrano teledysk. Dalej mamy jakoś poważnie brzmiący “Crime Scene” i dwa numery mocno kojarzące się z ostatnim krążkiem Rootwater - “Fight” i “Fanatic”, oddzielone od siebie mocniejszą wersją balladki “Silence”. Na koniec jeszcze raz ten utwór, jak wspominałem w wersji akustycznej. Zero nudy, zero powtarzania się. Idealny balans między rock 'n' rollowym rozpasanym szaleństwem i szczyptą powagi.

Z jednej strony trochę mi szkoda, że panowie zdecydowali się zakończyć przygodę z Neolithic. Szkoda, bo byłby to piękny powrót, może z inną niż dotychczas muzyką, ale Neolithic przeszło i tak kawał drogi muzycznej, więc mogłoby dojść też hard rocka. Z drugiej strony doskonale rozumiem powody, dla których muzycy zdecydowali się na nowy szyld. Jedno jest jednak pewne: nie nazwa zespołu jest najważniejsza, tylko to, co zespół robi. A Black River zrobiło kawał zajebistej muzyki i oby tak dalej.


10/10


Jack Daniels Overdrive – Pure Concentrated Evil

Rock 'n' rollowego szaleństwa ciąg dalszy. Szaleństwie trwaj, bo w szaleństwie metoda. Tym razem metoda na zajebistą muzykę. Zespół Jack Daniels Overdrive prezentuje nam swoje dzieło, epkę o złowieszczym tytule “Pure Concentrated Evil”. Obawiam się, że może być kłopot z jej zdobyciem, ale jeśli będziecie mieli okazję, to się nie wahajcie.


Nazwa zespołu dużo mówi. Nazwa krążka tę wiedzę uzupełnia. Na krążku mamy 4 utwory (+ jedno takie coś, przerywnik taki), każdy mocno zaprawiony wódą, fajkami i czym tam jeszcze. Czyli rock 'n' roll wysokich lotów. Ale każdy z tych numerów brzmi potężnie, gdzieś na pograniczu hard rocka i metalu ze wskazaniem na to drugie. Jest bród, smród, nie ma ubóstwa. Jest melodia, jest czad, wszystko w doskonałych proporcjach. Tak jakby się jechało rozklekotanym Cadillakiem słynną Route 66 z flachą Jacka Danielsa. Ciemno, nad głowami gwiazdy, w głowie huczy złość, noga jest ciężka, cywilizacja daleko stąd. Coś cię wkurwiło, więc jedziesz. Wredny szef, wścibska sąsiadka, problemy z żoną, brak kasy. Asfalt pod kołami, jakieś jaszczurki na skałach. A ty popierdalasz tym wozem i rozprawiasz się w głowie ze swoimi demonami (“Demonize”) . Może trochę przesadzam z dokładaniem filozofii do tej muzyki, wszak jest to jednak rock 'n' roll, aczkolwiek jest w nim coś takiego, co nie pozwala przejść obojętnie. Coś, co tkwi w tych aranżacjach, w tych melodiach, w głosie wokalisty, coś, co zostało jeszcze uwidocznione na etapie produkcji. Coś, co zmienia tę muzykę w głowie słuchacza. Wbija jakąś średnio pozytywną energię, każe coś rozpieprzyć (“The Art of Demolition”). Nie można usiedzieć na dupie przy tych czterech numerach i słowach mądrości (“Words of Wisdom” - przerywnik na płycie, wydaje się, że dosyć znamienny sam z siebie, pomijając już fakt, że oddziela dwa weselsze kawałki od dwóch bardziej schizowych). Niby jest wesoło, ale nie do końca. Jest na tym krążku coś niebezpiecznego, coś co błyszczy gdzieś w cieniu. A kawałki cały czas pozostają rock 'n' rollem, który od zamulania trzyma się z dala. I chociażby dlatego powinniście sobie Jack Daniels Overdrive obadać. Mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo panów i czekam na jakieś pełnowymiarowe wydawnictwo.

10/10


Naumatorrrr

środa, 17 września 2008

Historia zespołu

Dawno, dawno temu, w pewnej odległej jak sto pięćdziesiąt krainie, żyła sobie piękna królewna. Jednak zła macocha zamknęła ją na szczycie wysokiej wieży i karmiła vifonami. Królewna rozpaczała i całymi nocami wklejała swoje zdjęcia na naszą-klasę z nadzieją, że ktoś ją w końcu zdoła uwolnić. Wielu próbowało, jednak pod murami wieży poległ cały kwiat Młodzieży Wszechpolskiej. Aż pewnego dnia pod oknem królewny stanęło pięciu dzielnych trubadurów, którzy obiecali ślicznej białogłowie, że ją uwolnią spod jarzma złej macochy Marii K, żony Lecha K (albo tego drugiego, nie wiem dokładnie). Dzielni muzykanci wyjęli swoje tarabany i poczęli w nie walić z całych sił. Już po chwili na murach wieży pojawiły się pęknięcia, następnie wieża zwana Jerycho runęła. I spoko, tyle że królewna (a imię jej było Maradona [albo Mandaryna, moje starożytne źródła nie są zgodne]) poległa pod gruzami. Dzielni trubadurzy przytomnie stwierdzili, że szukać białogłowy w tym pyle się nie opyla i wzięli czem prędzej nogi za pas, co by ich zły król złapać nie zdołał. Udali się w góry, gdzie nie mogła ich otoczyć wysłana przez rozwścieczonego monarchę Liga Polskich Rodzin, jednak uciekinierzy wciąż obawiali się nalotów i klątw ciskanych przez plutony Podwórkowych Kółek Różańcowych.
Cni bohaterowie udali się za granicę, gdzie spotkało ich wiele przygód. A to znaleźli zakopanego w jakiejś norze obwiesia imieniem Szatan czy Sudan, czy Sadam może, a to w Egipcie na targu udało im się spławić człowieka przedstawiającego się jako Asama spod Laden czy jakoś podobnie, który chciał im opchnąć kasetę wideo własnego autorstwa (pewnie jakieś amatorskie porno).
Pokonując w beczce piwa razem z kapitanem Heinekenem Morze Śródziemne, nasi dzielni bohaterowie stawili czoła potworowi z Loch Ness, który jak wszyscy mieszkańcy Wysp Brytyjskich emigrował do Polski na zmywak. Wtedy w głowach minstreli, z mądrości wszak i talentu słynących, błysnęła myśl: a może do Polski? Do tego kraju mlekiem i miodem płynącego (choć krowy wściekłe, a pszczoły też jakieś nie teges, ale ten fragment z mlekiem i miodem można pominąć), do tej mekki trubadurów metalowych? Gdzie heavy metalowa ściana płaczu się rozpościera a długowłosi wyznawcy rogatego biją przed nią pokłony (a myśleliście, że skąd headbanging pochodzi?)?
Jak pomyśleli, tak zrobili. W Karpatach co prawda musieli się uporać z jakimś skośnookim cwaniaczkiem imieniem Yan-osik, ale po długiej i pełnej niebezpieczeństw podróży trafili w końcu do Torogatunia.
Tam odnaleźli heavy metalową ścianę płaczu, nawet cztery ściany, taka gmach jakby cały. Na jej szczycie siedział sam szatan, jego sześćset sześćdziesiąte szóste ziemskie wcielenie. Cały w czerni, rogi dla niepoznaki beretem z moheru przykrył. Siedział na tle szatańskiego wehikułu, wykutego w samych czeluściach piekieł, wręcz w ogniu piekielnym. Rydwan nosił czarcią nazwę Majbach, co w rzeczywistości oznacza "Szatańskie cztery kółka, zimny łokieć, dżipies, nie ruszaj, bo ekskomunika". Siarką czuć było w krainie całej, takie ciastka na niej pieczono, pierdolniki czy pierniki, czy jakoś. Wokół samego szatana, Lucyferydzykiem zwanego pląsały spowite w czarne woalki dziewice. Stare dziewice. Nawet powiedziałbym, że stare panny. Na znak zerwania wszelkich powiązań z ziemskim życiem kobiety owe odrzucały wszelkie pieniądze i dobra, jakie miały, a Lucyferydzyk skrzętnie je wyłapywał. Znamiennym jest fakt, że wszystkie te kobiety były już duchem Lucyferydzyka przesiąknięte i rosły im rogi, które za wzorem swego idola pokryły beretami. W rękach trzymały totemy - małe radyjka na baterie paluszki.
Widząc to nasi dzielni trubadurzy postąpili jak tłum niewiernych, przyłączając się do kultu Lucyferydzyka. Poczęli bębnić w swoje tarabany i czynić tak będą, póki nie pojawi się dwóch pozostałych Jeźdźców Apokalipsy (dwóch już jest, Giertych jakiś i Gosiewski, ponoć są po kądzieli z samym Lucyferydzykiem).
Imieniny obchodzą Mutacja i Denaturat.
Wszystkiego najlepszego.