środa, 15 kwietnia 2009

Kupić buty do trumny...

...razy 3 000 000 000!!Panowie, kurde, sprawa jest jasna. Tylko czekać, aż ktoś wpadnie na genialny pomysł i jakimś magicznym naukowym sposobem przeniesie sytuację na gatunek ludzki. I chuj, panowie, Seksmisja przestaje być niewinną komedyjką. A, zapomniałem napisać, o co mi właściwie chodzi. Jak donosi gazeta.pl:


Odkryto jedyny na świecie gatunek mrówek, który pozbył się samców



Amerykańscy naukowcy dowiedli, że kolonie mrówek żyjących w Amazonii składają się wyłącznie z samic. Ich zdaniem jest to pierwszy odkryty gatunek mrówek, który w procesie ewolucji pozbył się samców.


Badacze z Uniwersytetu w Arizonie testowali DNA mrówek z gatunku Macrocephalus smithii. Okazało się, że materiał genetyczny wszystkich osobników jest taki sam, jak DNA królowej. Oznacza to, że każda mrówka jest klonem matki.

Rozmnażanie bezpłciowe występuje u wielu owadów, jednak u mrówek jest ono niezmiernie rzadkie. Amerykańscy naukowcy podkreślają, że pozbycie się samców ma swoje zalety - samice mogą na przykład wydawać nawet dwa razy więcej potomstwa. Wadą jest jednak to, że każdy osobnik jest identyczny, przez co cały gatunek jest bardziej narażony na ataki pasożytów czy choroby.

Amerykańskich biologów zafascynowały też "rolnicze" umiejętności Macrocephalus smithii; okazało się, że w stworzonych przez siebie "ogrodach" uprawiają one pewien rodzaj grzybów - w celu zapewnienia sobie pożywienia.

Według ekspertów, mrówki zajęły się "rolnictwem" na długo przed powstaniem człowieka - około 80 milionów lat temu. Wyniki badań publikuje tygodnik Brytyjskiej Akademii Nauk (Proceedings of the Royal Society B).


Mnie niepokoją te mrówy. Nie dość, że walnie się przyczyniają do eksterminacji mojej płci, to jeszcze wykazują się zbyt dużą cwanością cywilizacyjną jak na małe stworzonka kierowane instynktem.

Ja wam mówię, przyjdzie walczyć o rządy na tej planecie z owadami.

Ale to baby się będą męczyć, nas już nie będzie.

I TO MA BYĆ KURWA DYSKRYMINACJA KOBIET???
Wam, drogie babeczki, nie grozi wyginięcie, także proszę mi tu z dyskryminacją nie wyjeżdżać.

Jeszcze mi się taka sentencja przypomniała, bo wiosna i słoneczko, i trawka, i ptaszki śpiewające: dziewczęta, bądźcie dla nas dobre na wiosnę... bo to może być ostatnia okazja.

czwartek, 26 lutego 2009

Po trupach do szkoły

Podczas buszowania po zakamarkach mojej pamięci (nie każcie mi opowiadać, jak to się robi) natknąłem się na dawno zarzucony przeze mnie temat. Jestem absolwentem płockiej Małachowianki, ponoć najstarszej szkoły w Polsce - data, jaką szczyci się owa instytucja to 1180. Jedno skrzydło budynku zdaje się nawet pochodzić z tego okresu (rzecz jasna mogę się mylić, nie chce mi się szukać jakichś wiarygodnych danych, a to też nie ma zasadniczego wpływu na treść tego posta). Pod owym skrzydłem znajdują się "lochy" czyli dzisiejsze muzeum, legenda głosi, że istniało także podziemne przejście do budynku zakonnego (czy jakiegoś tam, zakonnice tam popylają, dlatego zakonny) albo nawet do kościoła farnego. Nietrudno się domyśleć, że po szkole krążą niezliczone legendy o duchach i tego typu pierdołach. Przybliżę te, które znalazłem na forum szkoły na portalu nasza-klasa. Forum szkoły na jej własnej stronie nie chciało mi się przeszukiwać. W każdym bądź razie na jaw powychodziły całkiem ciekawe rzeczy, nie mające nic wspólnego z fantastyką.


Pamiątkowy głaz upamiętniający cmentarz grzebalny

Duchy pojawiać się mają w najstarszym skrzydle budynku. Na krętej klatce schodowej ma straszyć "ktoś" (bo nikt nic więcej oprócz "duch" nie potrafi powiedzieć na jego temat). Owa zjawa miała kiedyś pogonić byłego dyrektora szkoły, pana Zombirta (podobno miał się potem przez dwa tygodnie w szkole nie pokazywać). W bibliotece natomiast widywano ducha dziewczynki. Kolejne zasłyszane opowieści mówią o stróżu, który odszedł z pracy ze strachu. Jego następca zabierał do pracy psa, który hasał sobie po budynku, zatrzymywał się natomiast przy małych drzwiach prowadzących do starego skrzydła. Tam piszczał i za nic w świecie nie chciał przejść. Mówi się także o damskiej łazience w starym skrzydle, gdzie światło samo nocą się zapala a okno samo otwiera. Podobno także dzwon w muzeum lubi sobie znienacka zadzwonić (jaki dzwon?).


Najstarsze skrzydło szkoły, widok od strony zachodniej

O duchach Małachowianki pisała pani Elzbieta Ciesielska - Zając pt. "Nici Iukundy, opowieści o duchach Małachowianki".

Duchy duchami, ale faktem jest, że dookoła szkoły jest pełno TRUPÓW.
Podobno podczas prac społeczno-porządkowych towarzyszących obchodom 800 szkoły odkryto kości. Jeden z absolwentów opisuje: moja między innymi moja klasa porządkowała taki "skwerek" a raczej puste miejsce po jakiejś kamieniczce naprzeciwko szkoły. I w to miejsce ciężarówki przywoziły ziemię spod wieży, wysypywały a my ją rozrzucaliśmy, żeby było równo i pięknie. No i przy którymś kursie wywrotka wyrzuca ziemię ... a z paki lecą czaszki, piszczele i inne ludzkie kosteczki ..... Oczywiście zaraz zaczęliśmy to oglądać, straszyć czaszkami itd. Nie pamiętam, czy ktoś z nauczycielstwa się o tym dowiedział czy nie .... ale sprawa przycichła. I ładnych kilka lat później, podczas restauracji kamieniczek na przeciwko szkoły robotnicy znowu pracowali na tym skwerku i znaleźli te kości. No i wtedy już ktoś kompetentny poinformował o tym odpowiednie organa .... i zaczęły się badania. Całą sprawę opisał Tygodnik Płocki ... nie wiem czy jeszcze wychodzi. Ogólna sensacja itd. Ponoć są to szkielety ofiar jakiejś epidemii z przed wieków i wszystkich zmarłych pochowano w wielkim dole pod wieżą.


Fragmenty fundamentów romańskiej absydy w Muzeum Szkoły

Pan Lech Jaskólski, kolejny absolwent szkoły dodaje: Tak się składa, że ostatni mój rok w podstawówce był pierwszym dla szkoły nr 11. W tym czasie szkoła nr 11 była na parterze, a na piętrze gościnnie ulokowano Małachowiankę. Był to rok 1962\1963. Od września 1963 chodziłem już na piętro do Małachowianki. Część lekcji odbywałą się także w starym skrzydle na Małachowskiego z wejściem do szkoły przez wiżę od strony ul. Piekarskiej. Na dole była szatnia i dalej klasy. Później wieżę zamknięto wejście zrobiono z boku. Zerwano podłogę we wieży, a pod nią ukazały się niezliczone ilości szkieletów ludzkich. Oczywiście każdy chciał być Hamletem i mieć swoją ... Po latach oceniam to inaczej. W tym czasie nad poziomem gruntu od strony obecnej sali gimnastycznej wykuto w ścianie otwór, w którym między ścianami ukryte były schody prowadzące na piętro do kaplicy z wyjściem zza ołtarza. Wszystko pokryte było szarobiałym pyłem. Oczywiście my zdobywcy w kapetkach i granatowych garniturkach prowadziliśmy tam swoje badania i cali zapyleni i umorusani grzecznie wracaliśmy do klas na lekcje. W tych latach trwała rozbudowa i przebudowa szkoły. Kolejne wspomnienia, tym razem pani Izabelli Walicht: Ja i moja przyjaciolka Lilka znalazlysmy czaszke. Mialam zaklad z dziewczynami, ze pierwsza bede miec 5 z histori. Jakos nikt tej 5-tki nie mogl zdobyc wtedy. Nie pomogly wertowania ksiazek biblioteki UW w Warszawie. Dopiero jak czaszke przynioslam na lekcje, a potem znaleziono szkielety i zaczely sie masowe wykopiska odkrywcze to wtedy dostalam 5-tke. Wygralam wszystkie zaklady.




Wieża z obserwatorium


Na koniec zostawiłem sobie dwie rzeczy.Audycję radiową o duchach Małachowianki pt. "Tu mówią wieki" Laboratorium Reportażu (gorąco polecam) jak również zastanawiający post pana Jaskólskiego: Odnosnie szkieletow, najbardziej nas intrygowaly malenkich dzieci. W klasztorze male dzieci? Skad? To byl problem!
Na marginesie - ich duchy pewnie byly najatywniejsze.


Od siebie tylko dodam, że moja polonistka również opowiadała o duchach Małachowianki. Ja się nie przyznam, żebym coś widział, co nie znaczy, że tak nie było.

Brakuje mi jakiegoś fajnego zakończenia tego posta, więc napiszę: koniec.

wtorek, 24 lutego 2009

Proza Życia & Anielskie Wersety Skaczkiewicza Witolda

Potrzebowałem intelektualnej rozrywki. Bardzo. Nie mogłem już patrzeć na kolejne kserówki kolejnych podręczników akademickich, choćby nie wiem jak ciekawe zagadnienia podejmowały (nie lubię niczego robić pod przymusem). Wyprawa do biblioteki uniwersyteckiej przyniosła kolejny podręcznik. Świat żyje podręcznikami. A ja chciałem czegoś innego.
I dostałem z dwóch stron, przy czym żadnej bym o takie coś nie podejrzewał.

Trafiły my w łapy trzy antologie prozy, każda zatytułowana "Proza życia", numery 3, 4 i 5. Te trzy tomy zawierają prace nagrodzone w Konkursie Literackim Uniwersytetu Gdańskiego na prozę. Nie będę się rozpisywał o zawartości, bo jeśli ktoś będzie chciał, to powinien sprawdzić sam. Zresztą jeszcze nie dokończyłem lektury. Ale skończę.

Drugi cios nadszedł z Internetu.
Niejaki Witold Skaczkiewicz, o którym nie słyszałem ni słowa, dziabnął mój gust, mój czas i moją wyobraźnię swoim dziełem (słowo "dzieło" użyte nie przypadkiem). Anielskie Wersety to właśnie to, czego potrzebowałem. Pewna pełnia bodźców pobudzających zarówno do działania, jak i do nie-działania.
Odpuszczę sobie szczegóły Anielskich Wersetów. O ile możecie mieć problem ze znalezieniem Prozy Życia, tak z owym dziełem pana Skaczkiewicza (jak również resztą jego twórczości!) kłopotów być nie powinno. Link macie obok.

Kurde, pod wrażeniem jestem. Od ukończenia 14 roku życia nie zdarza mi się to często.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Wschód i zachód Ziemi na księżycu

Filmy pochodzą z portalu gazeta.pl




Ruch indiański w Polsce jako ucieczka od szarej rzeczywistości – analiza zjawiska

Praca pisana na zaliczenie na zajęciach. Umieszczam ją tu, ponoć mam do tego prawo. Może roić się od błędów.

Formalny ruch indiański w Polsce to przede wszystkim dwie organizacje: Polskie Stowarzyszenie Przyjaciół Indian (działające od roku 1990) i Polski Ruch Przyjaciół Indian (istniejący od połowy lat 70.). Obie z nich skupiają ludzi zainteresowanych indianizmem pod każdym kątem, mają również podobne cele - przede wszystkim skupiają się na krzewieniu wiedzy o kulturze Indian pośród Polaków. Nie należy jednak zapominać, że oprócz członków PRPI i PSPI w naszym kraju mieszka wiele osób żywo zainteresowanych tematem. To oni są najczęściej uczestnikami imprez indiańskich, oni stanowią publiczność podczas prelekcji i wykładów na temat tamtejszej kultury. Zarówno ci zrzeszeni w związkach fascynaci, jak i ci pozostający poza wszelkimi organizacjami współdziałają ze sobą, nie ma tu miejsca na rywalizację i niesnaski (Być może wynika to z niewielkiej ilości imprez o charakterze indiańskim w kraju). Na terytorium całego kraju odbywają się wszelkiego rodzaju imprezy i uroczystości, poczynając od tradycyjnych świąt Pow Wow (co roku organizowanych jest w Polsce kilkanaście takich wydarzeń), poprzez warsztaty, wykłady, spotkania, wystawy, na obozach i zjazdach kończąc. Za każdym razem pojawiają się nowe twarze, wielu w taki sposób zetknęło się z tą kulturą. Nie sposób jest zatem zliczyć rzeczywistych fascynatów kultury Indian (nie tylko Ameryki Północnej, o czym często się zapomina). Co jednak powoduje, że w miejscu oddalonym o tysiące kilometrów od terytoriów Czerwonoskórych wielu ludzi wychowywanych w zupełnie inny sposób nagle odnajduje w sobie duszę Indianina i zaczyna zgłębiać tę fascynującą kulturę? Można by stwierdzić, że jest to hobby jak każde inne, podobne do sklejania modeli samolotów czy interesowania się kulturą starożytnych Greków. I będzie w tym wiele prawdy. Trzeba jednak zastanowić się najpierw, czy przypadkiem posiadanie jakiejś pasji nie ma praktycznego zastosowania. Oczywistym jest, że hobby takie czy inne jest środkiem do oderwania się od rzeczywistości otaczającej nas. Jest to odpowiedź tyleż właściwa, co – w przypadku indianizmu w Polsce – niekompletna. Niekompletna dlatego, że wkroczenie na indiańską ścieżkę praktycznie zawsze pociąga za sobą zmiany w mentalności człowieka, w jego filozofii życiowej, nie wspominając już o kosztach. Mimo to ruch indiański nad Wisłą jest dosyć silny i rośnie. Czemu Polacy wolą być Indianami niż starożytnymi Egipcjanami? Postaram się udzielić odpowiedzi na to i inne pytania w niniejszej pracy i rozwiać wszelkie wątpliwości.
Stwierdzenie, że ruch indiański w Polsce ukształtował się pośród ludzi zafascynowanych kulturą Indian jest oczywiste. Ruch ów jednak w szybkim czasie rozwinął się bardzo. Było to powodowane przede wszystkim ciekawością, zaspokajaną (a może podsycaną?) przez książki takich twórców jak Arkady Fiedler, Stanisław Supłatowicz (myślę, że z czystym sumieniem można nazywać go ojcem indianizmu w Polsce). Ci dwaj pisarze często zauważali, że Indianie i Polacy mają wiele cech wspólnych. Również (być może za nimi) tę sentencję powtarza wielu polskich Indian – chociażby umiejętność walki o swoją wolność. Podkreśla się również fakt, że nie bardzo wiemy co z tą wywalczoną wolnością zrobić, z tego powodu też nasze narody są trapione przez podobne plagi – alkoholizm, narkomania. Podobne są również stereotypy – młodym Polakom od dziecka opowiada się historie o heroicznych czynach zołnierzy polskich podczas II Wojny Światowej. Z kolei ci sami młodzi Polacy z książek i opowieści uczą się stereotypu prawdziwego Indianina – prawego obywatela, który żyje zgodnie z naturą, dzielnie do ostatniej kropli krwi walczy o swoją wolność dokonując bohaterskich działań. Być może ten stereotyp jest pierwszym powodem do zmiany filozofii życiowej człowieka, który zaczyna się interesować indianizmem. Rzeczą oczywistą jest, że każdy chce być bohaterem. Polacy uczą się o wierzeniach i wiedzy Indian, jednocześnie podziwiając ją i nieświadomie często zaczynają się nią kierować w swoim życiu. Dowiadują się już na samym początku, że bycie Indianinem jest nierozerwalnie związane z przyjęciem pewnej filozofii życia, która jest nieszkodliwa (w przeciwieństwie do np. sekt). Z czasem ludzie coraz bardziej przekonują się do wiedzy Indian, jako przydatnej również w XXI wieku i bardzo pożytecznej, głównie ze względów ekologii. Wtedy dana jednostka staje się bardziej zaangażowana w życie społeczne – walczy o swoje, czyli o "indiańskie", nie zapominając przy tym o zasadzie dobra ogółu – ile dasz światu od siebie, tyle samo dostaniesz z powrotem. Zatem uogólnienie, że typowy indianista jest bardziej aktywny społecznie niż przeciętny Polak, nie będzie się mijać z prawdą. Widzimy więc, że ucieczka od rzeczywistości w kulturę indiańską łączy się z rozwojem duchowym i umysłowym uciekającego.
Ową tezę potwierdzają swoją postawą ludzie zaangażowani w sprawy indianizmu. Wielu z nich organizuje imprezy indiańskie, zloty, wielu poświęca się pracy z młodzieżą, tworzy muzykę, poezję, zajmuje się innymi dziedzinami sztuki. Dlaczego to robią? Moim zdaniem jest to pewien element zapoznawania się ze sobą, wyrażania siebie, tak samo jak robili to np. Indianie z plemienia Hopi czy jakiegokolwiek innego, ale w nowoczesny sposób. Organizowane przez nich imprezy mają za zadanie stworzyć możliwość kontaktu w określony sposób z naturą, z innymi, myślącymi podobnie, ludźmi. Są również znakomitą reklamą całej filozofii indiańskiej i przyciągają laików, którzy często wstępują potem w szeregi zainteresowanych. Takie imprezy mają rzecz jasna również charakter integracyjny, tworzą więź pomiędzy poszczególnymi uczestnikami, co powoduje właściwie powstanie pewnych niezauważalnych "plemion" i "szczepów" przyjaciół. Uczestnicy oryginalnych, północno-amerykańskich Pow Wow mówili, że przybywają na nie, by czuć się szczęśliwymi. Doskonale odnosi się to również do dwudziestopierwszowiecznych realiów Polski. Nikt nie przyjeżdża tu dla pieniędzy, zaszczytów, czy z jakichś innych powodów. Koniec końców każdy chce się dobrze bawić, stworzyć dobrą atmosferę, sprawić, by również dla publiczności był to niezapomniany wieczór. W jednym z odcinków serii dokumentalnej "Kolekcjonerzy, pasjonaci, optymiści" poswięconym Pow Wow, Bogdan Płonka, organizator pierwszych imprez Pow Wow w Polsce stwierdził, że najbardziej fascynująca jest więź z ludźmi. Jego słowa może potwierdzić wielu rodzimych fascynatów kultury Indian. Wielu z nich doda, że więź tworzy się również z naturą, jako że człowiek, tak jak wszystko inne pochodzi od niej i ma w sobie jej cząstkę. Spotkania Pow Wow, zloty (np. coroczny Ogólnopolski Zlot Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian w Uniejowie połączony z letnim Pow Wow) czy obozy o tematyce Indiańskiej (również coroczny obóz Szkoła Młodych Wilków odbywający się w miejscowości Łazy k. Żuromina) pozwalają zbliżyć się do Matki Ziemi. Jest to znakomita odskocznia od życia codziennego, pełnego hałasu, wrzawy i pędu. Jednocześnie uczy współpracy i przyjaźni, niejednokrotnie można się również nauczyć wiele o sobie samym. Spotkałem się z porównaniem takiego "kontrolowanego odcięcia się od rzeczywistości" z jogą, z tą różnicą, że jako Indianin współżyje się ze światem, w jodze właściwie się go odtrąca. Nie do przecenienia jest również kwestia - nazwijmy to za Piotrem Wlizło – "ładowania baterii", przy czym nie interpretowałbym tego zwrotu jako znaczącego tyle, co "odpoczynek". Jest to raczej kwestia przyjęcia pozytywnej energii, chęci działania, czegoś pozostającego bardziej w sferze psychicznej, niż fizycznej. Piotr Wlizło mówi również o przeznaczeniu tej energii – jest potrzebna by radzić sobie z problemami życiowymi. Zauważa także, że jest często przekazywana innym, głównie młodzieży (sam Wlizło jest pedagogiem i pracuje z młodzieżą – jest pomysłodawcą i liderem Młodzieżowej Grupy Inicjatyw Twórczych Tatanka2 Żuromin jak również organizatorem Szkoły Młodych Wilków i imprez Pow Wow) w celu uchronienia młodych przed patologiami i wskazania im właściwej drogi życiowej. Jest to zatem typowy przykład wyciągania ręki do młodszych i słabszych i dzielenia się radą.
Indianiści są też świetnym przykładem naukowców – amatorów. Nie bacząc na koszta zgłębiają kulturę Indian, poszerzają swoją wiedzę. Sami tworzą stroje – niezwykle kolorowe i bogate – starając się jak najwierniej odtwarzać oryginały. Najlepiej zatem, żeby strój zrobiony był z elementów takich samych, jakich używa się w Ameryce. Często są to stroje bardzo kosztowne, nierzadko ich ceny osiągają pułap około kilku tysięcy złotych. Polacy uczą się również rękodzięła indiańskiego, wykonując ozdoby, torby, buty, wszelkiego rodzaju przedmioty. Wśród nich można znaleźć wielu utalentowanych rzeźbiarzy czy malarzy, których twórczość opiera się na tradycyjnych motywach. Indianiści na zlotach i obozach mieszkają w tipi, indiańskich namiotach, które sami szyją, dekorują, rozstawiają. Dziś tipi można kupić w Internecie, osiąga ceny od kilkuset złotych do kilkunastu tysięcy. Kultywuje się również indiańskie rytuały, np. szałas pary. Z powyższych przykładów wynika jasno, że ucieczka od rzeczywistości w świat kultury indiańskiej przynosi korzyści zarówno temu, kto się ową kulturą zaczyna interesować, jak i jego otoczeniu. Wielokrotnie indianistom udaje się połączyć swoją pasję z pracą. Przykład stanowią chociażby Robert Piesiecki, który prowadzi wioskę indiańską w Jurowcach pod Białymstokiem, czy wspomniany wyżej Piotr Wlizło, pracownik Żuromińskiego Centrum Kultury.
Z mojej analizy wynika, że ruch indiański w Polsce jest zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym i pożądanym z dwóch powodów. Przede wszystkim, stanowi świetną odskocznię od życia codziennego, pełnego problemów. Zagłębienie się w filozofię Indian pomaga indianistom dokonywać odpowiednich życiowych decyzji, poznać samych siebie. Jednocześnie jednoczy i pozwala zrozumieć świat, który nas otacza. Po drugie, jest to zajęcie wręcz naukowe, poszerzające wiedzę kulturową i historyczną, inaczej nastawia do świata. Uaktywnia – co nie jest cechą każdego hobby – każe również dzielić się wiedzą i doświadczeniem z innymi, pomagać słabszym. Piotr Wlizło mówi: "Moja pasja odpowiada mi na moje trudne życiowe pytania. Uczy mnie pokory poprzez codzienną modlitwę, daje mi możliwość stawania się lepszym człowiekiem poprzez to, że dzielę się każdego dnia czymś z kimś zupełnie bezinteresownie, uczy mnie dostrzegać to, co wokół się dzieje w przyrodzie. Uczy mnie żyć w harmonii i równowadze, uczy mnie słyszeć i widzieć to, co wcześniej omijałem, czego nie widziałem, nie słyszałem." Filozofia indiańska zostaje więc zaszczepiona bardzo głęboko w człowieku, staje się wręcz religią – nie wyklucza jednak innej religii, np. chrześcijaństwa (wbrew pozorom oba systemy religijne mają bardzo wiele punktów wspólnych). Podsumowując, indianizm jako ucieczka od szarej codzienności jest bardzo skuteczną i pożyteczną odskocznią. Co więc sprawia, że ta forma odpoczynku i rozumowania świata jest wciąż zarezerwowana dla stosunkowo wąskiej grupy fascynatów? Otóż Indian trzeba zrozumieć. Trzeba być otwartym na swiat, trzeba potrafić spojrzeć na wszystko w inny sposób niż nauczył nas nasz system kulturowy. Nie każdy to potrafi w dzisiejszych czasach. A jednak wszyscy indianiści w Polsce żyją w naszym systemie kulturowym, czyli jest to jak najbardziej wykonalne. Wlizło mówi: "My, biali, mamy problem z prawie wszystkim, a żyć na modłę indiańską to już ogromne wyzwanie dla nas. Myślę, że większość z nas idzie na łatwiznę, a tu się trzeba trochę wysilić." Myślę, że taki wysiłek, żeby uzyskać wiedzę i wewnętrzny spokój jest godny podziwu i polecany każdemu.

niedziela, 15 lutego 2009

Bestia z plaży Omaha

Na portalu o2.pl odnalazłem świetny artykuł autorstwa Roberta Grąda. Pozwalam sobie przytoczyć go w całości, łącznie ze zdjęciami.

Bestia z plaży Omaha




Heinrich Severloh, były niemiecki gefrajter spod Hanoweru, został rozpoznany przez amerykańskich weteranów długo po wojnie. Dopiero wtedy mógł przyznać, że jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy żołnierzy lądujących w czerwcu 1944 roku na normandzkiej plaży.

Przedsionek piekła

Dziesiątki filmów dokumentalnych i fabularnych pokazują ten moment: łódź desantowa pełna żołnierzy z nasuniętymi na oczy hełmami, głuche uderzenie w piach, trzask opadającej burty, krzyki oficerów i tupot nóg, który zamienia się za chwilę w miękki szelest, gdy żołnierze wbiegają na piasek. Naprzeciw nich nie widać nic szczególnego, ot linia wydm porośniętych sinozieloną trawą. Nagle, jakby za dotknięciem różdżki złego czarodzieja, żołnierze zaczynają padać martwi, początkowo bezgłośnie, po kilku minutach narastają nieludzkie krzyki i wołania o pomoc, które mieszają się z wrzaskiem rozkazów. Tak zaczęło się piekło na plaży Omaha, widziane oczami Amerykanów.

Gdyby ktoś zrobił w zbliżeniu fotografię wydm, które widzieli Amerykanie stojący w łodziach desantowych, dostrzegłby dyskretnie wyglądające zza pagórków niemieckie hełmy. Nie było ich tam wiele, bo też nie potrzeba było zbyt wielu stanowisk ogniowych, by trzymać w szachu całą plażę Omaha. Uzbrojenie tych gniazd także nie było zbyt silne; składało się z broni maszynowej i gdzieniegdzie z lekkiej artylerii. Na każdym stanowisku jednak była wystarczająca ilość amunicji. Wystarczająca do tego, by zatrzymać Amerykanów. W jednym z takich gniazd siedział przy karabinie gefrajter Severloch, który miał wówczas 19 lat i został przydzielony do obrony wybrzeża w nagrodę. Wcześniej służył na froncie wschodnim, gdzie powoził saniami. Wyrażał się wówczas nie dość pochlebnie o swoich przełożonych i samym fuhrerze, za co skierowano go do kompanii karnej. Jakoś to przeżył i znalazł się w końcu w miejscu, które w całej tej upiornej wojnie wydawało mu się bezpieczne.

Dwa i pół tysiąca trupów

Dramat, który możemy oglądać w każdym niemal filmie o drugiej wojnie światowej, nie trwał wcale długo. Choć to, co pokazują filmowcy, przeciąga się w nieskończoność, a liczba zabitych każe wierzyć, że rzeź ta trwała co najmniej 24 godziny, jeśli nie dłużej. Prawda jest inna. Amerykanie likwidowali niemieckie punkty oporu jeden po drugim. Efekt tych działań był taki, że na plaży Omaha nie było już tak wielu amerykańskich trupów. Ostatnim gniazdem oporu, które zlikwidowali żołnierze wuja Sama, było stanowisko numer 62. Tam właśnie siedział gefrajter Severloh i prażył do jankesów z broni maszynowej. Nie został zabity ani wzięty do niewoli na swoim bojowym stanowisku, bo wtedy na pewno nie przeżyłby wojny; chłopcy z Teksasu na pewno rozwaliliby go na miejscu. To jego - nieświadomi, kim jest ani jak się nazywa - nazwali jankesi "Bestią z plaży Omaha".

Sam po latach tak wspominał swojego pierwszego Amerykanina: kiedy strzeliłem, spadł mu hełm, a on sam zachował się tak, jakby chciał go podnieść, ale ja wiedziałem, że on już jest martwy. Wiedziałem to od samego początku. Severloh czynnie uczestniczył
w odpieraniu ataków na wydmy przez cały czas trwania operacji na plaży Omaha, czyli przez dziewięć godzin, bo tylko tyle trwał ten wojenny epizod. Severloh sprawiał się tak dobrze w swojej robocie, że jego koledzy zajmowali się właściwie tylko donoszeniem mu amunicji. Przerwy w strzelaniu robił jedynie, gdy lufa karabinu była tak gorąca, że uniemożliwiało to celne strzelanie. Obliczono później, że dzielny gefrajter wystrzelał w kierunku jankesów ponad dwanaście tysięcy nabojów. Po wojnie szacowano liczbę jego ofiar na dwa do dwóch i pół tysiąca zbitych. On sam nigdy nie liczył zabitych własną ręką ludzi. Wiedział jednak, że było ich bardzo wielu.



Odwrót

Dowódca gefrajtra Severloha, porucznik Frerking, który koordynował ogień ze stanowiska numer 62, zorientował się w końcu, że on i Severloh są jedynymi Niemcami, jacy pozostali na plaży Omaha. Wydał więc swemu podkomendnemu rozkaz, by się wycofał, bo dalsze strzelanie nie ma już sensu. Dziewiętnastoletni podoficer ruszył w kierunku najbliższej wioski, pozostawiając swego dowódcę na stanowisku. Wtedy widział go po raz ostatni, ponieważ porucznik zginął w następnej chwili, kiedy chciał już opuścić ostanie niemieckie gniazdo oporu.

Severloh dostał się do amerykańskiej niewoli. Nikt go nie rozpoznał i nie dochodził na nim zemsty za to, co robił na plaży Omaha. On sam w tamtym czasie nie miał wyrzutów sumienia. Przecież wykonywał tylko rozkazy. Amerykanie, gdyby ich postawiono na jego miejscu, robiliby to samo, a może nawet więcej. W czasie swojego pobytu w niewoli Severloh przebywał w Wielkiej Brytanii, gdzie budował drogi, i w USA, gdzie zatrudniono go na polach bawełny. Na wolność wyszedł w 1947 roku za wstawiennictwem ojca, który napisał list do brytyjskich i amerykańskich władz wojskowych z prośbą o ułaskawienie syna. Po wojnie Heinrich Severloh ożenił się i osiadł w swej rodzinnej miejscowości w pobliżu Hanoweru. Nie wspominał o swoich przeżyciach z czasu lądowania aliantów w Normandii, nie mówił o tym nikomu, nawet żonie. Dopiero gdy wiele lat później czytał książkę na temat tych wydarzeń, zapragnął powrócić do tamtych czasów i rozliczyć się z bolesnymi wspomnieniami. W publikacji, która tak go poruszyła, znalazł nazwisko Da Silva; był to amerykański żołnierz, obecny wtedy na plaży, który wspominał "Bestię", nie wiedząc oczywiście, kto tak naprawdę kryje się za tym określeniem. Severloh postanowił się z nim spotkać i napisał do Da Silvy list.

Obaj panowie spotkali się na omiatanej chłodnym wiatrem plaży i padli sobie w ramiona. Mieli ponad siedemdziesiąt lat. Severloh był wysoki i miał długi niearyjski nos, Da Silva był drobnym, uśmiechniętym staruszkiem. Severloh poprosił Amerykanina o wybaczenie i absolucja została mu udzielona. Niezrozumiała dziś dla nas wydaje się chęć doliczenia się przez weteranów ofiar Severloha, podano bowiem w wątpliwość liczbę zabitych przez niego żołnierzy. Na całej plaży Omaha zginęło tamtego czerwcowego dnia około 2400 żołnierzy. Severloh zabił ich więc z pewnością znacznie mniej.

Da Silva, który po wylądowaniu złożył Bogu ślub, że jeśli przeżyje to piekło, zostanie kapelanem, dotrzymał słowa. Przez wiele lat służył w Niemczech i wspomagał duchowo żyjących tam amerykańskich żołnierzy. Pod koniec życia przyszło mu wyspowiadać człowieka, który o mało nie wyprawił go na tamten świat.

Gefrajter Severloh zmarł w miejscowości Lachendorf. Przed śmiercią mówił, że widzi wyraźnie porucznika Frerkinga, który otrzymał postrzał w głowę, oraz pierwszego amerykańskiego żołnierza, który padł od jego kul.

środa, 4 lutego 2009

W Radiu Maryja o judeizacji Polski

Niniejszym oświadczam, że prof. Bogusław Wolniewicz zostaje uroczyście wciągnięty na moją listę skurwysyństwa i osób przeznaczonych do eksterminacji w najbliższym czasie. Dlatego:


(Tekst autorstwa Jacka Hołuba, Gazeta Wyborcza z 9 lutego 2009, cytowany za gazeta.pl)

- Nachalne forsowanie u nas kultury żydowskiej i żydowskiego punktu widzenia staje się już nie do zniesienia! Ta nachalność musi wzbudzić reakcje i sprzeciwy! - wołał na antenie stacji prof. Bogusław Wolniewicz


Sobota przed północą. W studiu Radia Maryja ideolog stacji prof. Jerzy Robert Nowak i prowadzący redemptorysta. Z rozgłośnią łączy się publicysta stacji prof. Bogusław Wolniewicz, rocznik 1927, filozof i logik, emerytowany wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego.

- Szczęść Boże, panie profesorze, witamy na antenie Radia Maryja - wprowadza duchowny.

Wolniewicz chwali o. Rydzyka za stworzenie rozgłośni i uczelni. Krytykuje rząd i premiera Tuska za "nikczemną nagonkę na wielkie dzieło toruńskich redemptorystów": cofnięcie dotacji i brak zgody na publiczną zbiórkę pieniędzy na inwestycję w gorące źródła. - Czemu premier chce za wszelką cenę zniszczyć Radio Maryja? - pyta Wolniewicz.

I sam odpowiada: - W tej wrogości do Radia Maryja rządem powoduje albo lewacka wrogość do chrześcijaństwa, albo rząd podjął jakieś ciche zobowiązania międzynarodowe, z których usiłuje się teraz wywiązać.

Wolniewicz tłumaczy, że Tusk zapewnił amerykańskich Żydów, że do końca 2008 r. wywiąże się ustawowo z ich roszczeń wobec Polski. Ustawy nie ma. Strona żydowska o nich jednak nie zapomniała.

- Oni Tuskowi i rządowi termin wywiązania się z tych zobowiązań sprolongowali! - krzyczy Wolniewicz. - Za wywiązanie się z zobowiązania, że nie będzie tolerowany w Polsce antysemityzm, pod którym kryje się przede wszystkim zobowiązanie zagipsowania tej tuby, jaką stanowi rozgłośnia Radio Maryja!

Wolniewicz gani minister edukacji Katarzynę Hall za to, że w licealnym kanonie lektur z literatury XX wieku umieściła Brunona Schulza. - To drugorzędny pisarz awangardowych dziwadeł - oburza się. - Jedyny powód pchania go przez panią Hall, a za nią przez premiera Tuska do kanonu lektur, to ten, że był Żydem. A zatem chęć rządu zadziałała tu, by się przypodobać lobby żydowskiemu. Albo przed nim się wykazać.

- W zakresie gorliwego wykazywania się swoim filosemityzmem, ukochaniem wszystkiego, co żydowskie, trwa u nas zresztą jakieś dziwne współzawodnictwo między panem premierem i panem prezydentem - ciągnie Wolniewicz. - W grudniu pan prezydent ostentacyjnie wprowadził w Polsce świętowanie żydowskiego święta Chanuki. Palił świeczki w oknach swego pałacu, chodził w jarmułce, bawił się z rabinem w jakieś gry chanukowe. Ja nie mam nic przeciwko żydowskiemu świętu Chanuka, niech je sobie obchodzą. Ale pytam: co nas, Polaków, obchodzi chanuka?!

- Trwające u nas od dziesięciu lat, lekko licząc, nachalne forsowanie kultury żydowskiej i żydowskiego punktu widzenia staje się już nie do zniesienia! - woła gość audycji. - Przynajmniej dla mnie, Bogusława Wolniewicza. Ta nachalność musi przecież wzbudzić reakcje i sprzeciwy, tak jak ten mój w tej chwili! Ale ufam, że ja nie jestem jedyny w Polsce, którego to razi.

I dalej: - I tutaj rodzi się we mnie drugie pytanie: czy ci promotorzy judeizacji Polski tego nie rozumieją? Czy ich tak zaślepia hucpa? Czy może przeciwnie - rozumieją bardzo dobrze - tego właśnie chcą. Chcą nas sprowokować, by potem móc ryczeć na cały świat o polskim antysemityzmie, polskich obozach zagłady! W wiadomym celu.

Prowadzący audycję redemptorysta nie reagował.

- To nawoływanie do antysemityzmu - komentuje Anna Drabik, szefowa Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, skupiającego 700 osób ocalonych z Zagłady. - Pan Wolniewicz jest człowiekiem nieszczęśliwym, bo przepojonym nienawiścią. Na szczęście takie poglądy, dzięki edukacji, to margines. Przeżyliśmy wojnę, przeżyjemy i Radio Maryja.

- Wiadomo, że nikt nie wytoczy 80-letniemu panu procesu o głoszenie antysemickich treści - mówi Piotr Kadlcik, przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Polsce. - Dużo bardziej niemoralne jest wykorzystywanie przez Radio Maryja osób w podeszłym wieku do wypowiadania takich opinii. To świństwo.

- Niech pan da mi ochłonąć - mówi po wysłuchaniu Wolniewicza toruński poseł Tomasz Lenz, szef PO w Kujawsko-Pomorskiem. - To wstrząsające, to nawoływanie do nienawiści rasowej i narodowościowej. Takie wypowiedzi mogą zostać podciągnięte pod odpowiedzialność karną. Jesteśmy w Europie, takie rzeczy nie mogą mieć miejsca. Sprawą powinny się zająć Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji i zespół Episkopatu Polski ds. troski o Radio Maryja, może prokuratura. Jeżeli ktoś mówi o polskim antysemityzmie, to chyba tylko w kontekście tego, co się dzieje na antenie stacji o. Rydzyka.

wtorek, 3 lutego 2009

niedziela, 1 lutego 2009

Moje świadectwo

Nie uwierzycie. Sam jestem wstrząśnięty.

Zwyczajny niedzielny poranek. Małe miasteczko w centrum kraju. Idę sobie zwyczajnie bez celu chodniczkiem i rozmyślam o byle czym.
Nagle to poczułem. Najpierw zrobiło mi się jakby cieplej, potem zza chmur wyjrzało słońce. Jego promień dotknął mojego serca i umysłu.
Spojrzałem na chodnik. Po hucznej sobocie nie był on zbyt sterylny, walały się jakieś liście, resztki śniegu, jakaś zmrożona psia kupa. Przyjrzałem się dokładniej. Tak, byłem pewien. Na tym chodniku ukazała mi się Matka Boska. Jej Święty Wizerunek był ułożony z patyków i liści. To nie był przypadek, nie mogła tego wykonać ręka ludzka. Padłem na kolana i zacząłem się gorliwie modlić. Potem postawiłem znicz i zwołałem koleżanki z kółka różańcowego, ale w międzyczasie jakiś satanista wyprowadził swojego szatańskiego cerbera, który podeptał przenajświętszy wizerunek.
Ale on tam był. To był cud.

Do napisania tego posta zainspirowała mnie ta sytuacja (jeśli nie obejrzysz, to nie będziesz wiedział o co mi chodzi): http://www.tvn24.pl/2076963,0,0,1,1,wideo.html

Disklejmer I: Ludzie. Nie kpię sobie bynajmniej z katolików czy z żadnych innych wierzących. Kpię sobie natomiast z BANDY PIERDOLNIĘTYCH KRETYNÓW, KTÓRZY NAWET W GRZYBIE, JAKI MI SIĘ ZROBIŁ W AKADEMIKU NA PODŁODZE (BO PIWO MI SIĘ WYLAŁO) ZOBACZĄ MATKĘ BOSKĄ. Przecież to jest kurwa jakaś parodia. To WY, którzy identyfikujecie się z katolicyzmem powinniście tych idiotów wykluczyć, bo narażają Was na śmieszność.

Disklejmer II: Spotkałem w swoim życiu wielu ludzi szczerze i prawdziwie wierzących w jakiegoś Boga, ludzi którzy przestrzegali zasad, jakie narzucała im ich religia i było im z tym ok. Przy tym owi ludzie nie byli frajerami, czcili swoich Bogów, ale kurwa nie doszukiwali się cudów w byle czym. Nie potępiam nikogo. Wielu z tych, którzy naprawdę wierzą, należy do moich przyjaciół, wielu z nich zainspirowało mnie do zrobienia czegoś dobrego, wielu z nich to wspaniali ludzie, z których ludzkość powinna być dumna. Nie modlą się do sęku. Nie modlą się do księży. Modlą się do Boga, w którego wierzą. I szacun.

Disklejmer III: Jestem zwolennikiem podziwiania natury. To właśnie ona stanowi zagadkę życia, ona stanowi o pięknie tego świata i mojego życia - wszak ludzie też do niej należą. Ale ona nie jest moim bogiem (mała litera umyślna, podobnie jak wielkie litery w poprzednich akapitach). Mogę ją podziwiać, chronić, w pewien sposób czcić i darzyć szacunkiem jej siłę.

Ale kurwa. To, co jest na tym filmiku jest zwyczajnie śmieszne. Ogarnijcie się do cholery.

wtorek, 20 stycznia 2009

No i zobaczmy, co z tego wyszło.

Właśnie się zorientowałem, że mamy już 20 stycznia. Sesja za pasem, ale zamiast uczyć się pierdół właśnie marnuję czas na inne pierdoły. Czytam sobie styczniowego Metal Hammera. Nie jestem fanem tego pisma, aczkolwiek czasami lubię sobie spojrzeć, co też ludzie z Metal Mind nawymyślali. W czytanym przeze mnie styczniowym wydaniu znajduje się podsumowanie (a jakże!) minionego roku. Mamy obszerny artykuł, do tego każdy z redaktorów MH sporządził swoją własną listę różnych takich tam. Jako samozwańczy znawca muzyki metalowej postanowiłem skonfrontować swoje odczucia z odczuciami owych redaktorów. Zatem poniżej macie moje własne zestawienie hitów i kitów, a także mój komentarz do tego, czym się podniecano we wspomnianym wyżej artykule. Polemika? W komentarzu, proszę.

Płyta roku:
Polska

1. Acid Drinkers - Verses of Steel
Na mój gust najlepsza płyta Kwasożłopów. I to po tylu latach na scenie. Nowoczesna jak cholera, a jednocześnie Acidowa jak zwykle.
2. Frontside - Teoria Konspiracji
Demon i ekipa mnie rozjebali tym albumem. Przywalili do pieca jak nigdy. Spodziewałem się dobrego albumu, ale nie aż tak.
3. Hermh - Cold+Blood+Messiah
Nie jestem jakimś wielkim fanem black metalu, ale Hermh swoim nowym dziełem bardzo mnie do tego gatunku zbliżył. Jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt.
4. Virgin Snatch - Act of Grace
To też nie zaskoczenie. VS ciągle miażdży.
5. Czesław Śpiewa - Debiut
O tym genialnym albumie napisano już tyle, że wystarczy, jak sobie czytelniku przeczytasz jakąkolwiek recenzję (warto odnotować, że to jedyny zgoła niemetalowy album w zetawieniu!)
6. NoNe - The Rising
Oj, czekałem na tę płytę długo. Panowie z NoNe porzucili groove metalowe granie i wysmażyli jeden z pierwszych polskich klasyków metalcore'a.
7. Black River - Black River
Takiego oddechu na rodzimej scenie brakowało mi od dawna.
8. Vesania - Distractive Killusions
Kolejny black metalowy album, który zamieszał mi w głowie. Na pewne nazwiska zawsze można liczyć.
9. Totentanz - Zimny Dom
Totentanz to jedna z niewielu kapel w kraju, które potrafią świetnie grać inteligentnego rocka nie siląc się na kopie gównianej Budki Suflera.
10. 1125 - For When Tomorrow Comes
Za wytrwałość i skuteczność.
Świat:

1. Volbeat - Guitar Gangsters & Cadillac Blood
Ile ja życia przez tę płytę straciłem...
2. Trivium - Shogun
Panowie z Trivium zaskoczyli bardzo dojrzałym thrash metalem. Nie dziwota, że niejaki Kirk Hammet przyznaje się do inspiracji Trivium.
3. Machinery - The Passing
Niesamowite połączenie siły i melodii. Bardzo wciągający album kolesi, o których mało kto słyszał.
4. Gojira - The Way of All Flesh
Dla mnie to normalne, że żabojady z Gojira robią takie albumy, które czuję gdzieś w podbrzuszu.
5. Bullet for my Valentine - Scream Aim Fire
Kiedy się wyrasta z emo, zaczyna się grać thrash!?
6. Cavalera Conspiracy - Inflikted
Twór raczej sztuczny, ale skuteczny. Długo się wzbraniałem.
7. Heaven Shall Burn - Iconoclast
Już chyba tylko oni jedni grają metalcore, którego da się słuchać.
8. Testament - Formation of Damnation
Nie dali dupy nawet po iluśtam latach. Mocny thrashowy kop, jakiego potrzebowałem.
9. Born From Pain - Survival
NY Hardcore z Holandii, który - dziwnym trafem - skutecznie do mnie przemawia.
10. All Shall Perish - Awaken The Dreamers
Kawał brutalnego deathcore'a. Ta płyta definiuje gatunek.


Największe pozytywne zaskoczenie:
1. Renesans black metalu
2. Metalcore na polskim gruncie w końcu zaczął się przyjmować (vide: NoNe, Frontside)
3. Daray w Dimmu Borgir i w Hunter

Największe negatywne zaskoczenie:
1. Niespodziewane odejścia - Olass (Acid Drinkers) i Tomek Górawski (Neolith)
2. Slipknot - All Hope is Gone - nie przemawia do mnie. Gdyby to było Stone Sour, to ok. Ale Slipknot?
3. Powrót Guns n' Roses - zasadniczo nie mam nic przeciwko powrotom, ale ten jakoś negatywnie na mnie działa. Nie przepadam za dyktatorkiem Axlem.
4. Coma - Hipertrofia - nie rozumiem tej płyty

Nadzieje na 2009:

1. Nowy album Hunter.
2. Nowy album Rootwater.
3. Nowy album Chhimairy.
4. Nowy album Lamb of God.
5. Nowy album Behemoth.
6. Nowe albumy całej reszty.

Odkrycie roku:

Polska:
1. Ketha

Świat:
1. Machinery


To, co tu umieściłem nie jest jakoś specjalnie przemyślane, zatem mogłem o czymś zapomnieć.

Teraz czas na część odnoszącą się do artykułu Lercha. Proszę zauważyć, że to, co napisałem, jest tylko i wyłącznie moim zdaniem. Nie neguję gustu Lercha. Odnoszę się tylko do albumów i zjawisk, o których napisał w swoim podsumowaniu 2008.

Metallica - Death Magnetic. W zasadzie nie mam nic do dodania. Płyta jest dobra, acz nie wybitna. Ale i tak wszyscy mają uśmiech na mordzie i wydają na nią kasę. Z niżej podpisanym włącznie. Dlaczego? Bo to jest METALLICA.

Guns n' Roses - Chinese Democracy. Pisałem o tym wyżej. Nie mam nic do dodania. Lerch w sumie, oprócz omówienia sukcesu marketingowego albumu, też nie.

Cavalera Conspiracy - Inflikted. Igorowi C. zabrakło chyba czegoś w życiu (grania metalu? pieniążków?) i wrócił do braciszka (bo grania metalu i pieniążków raczej nie brakło Maxowi). Wyszła niezła płyta.

Testament - The Formation of Damnation. Cieszę się jak dziecko z tego powrotu.

At The Gates i Carcass - Carcass jakoś nie był nigdy moim faworytem, ale At The Gates to jedni z moich autorytetów metalowych. Na tych comebackach bez wątpienia wszyscy zyskają.

Cynic - Nie słyszałem nowej płyty, ale słyszałem starą i to mi wystarczy, żeby się cieszyć.

Agonia metalcore - przypadkiem użyłem prawie cytatu z Lercha pisząc o Iconoclast grupy Heaven Shall Burn. Po zastanowieniu przypomniała mi się jeszcze niezła płyta Unearth - The March. Niestety/na szczęście metalcore dogorywa. Na placu boju zostaną jedynie najlepsi, cała masa xerokopii odejdzie w cień bądź zmieni stylistykę/dorośnie do grania czegoś innego. HSB ma zapewnione miejsce w pierwszej lidze tego gatunku. Zmieszczą się jeszcze Killswitch Engage (w końcu prekursorzy gatunku), As I Lay Dying, Unearth, Caliban, Maroon, Neaera (choć waham się pomiędzy deathcorem) i kilka innych. Za to w Polsce metalcore dopiero zaczął się rodzić - wyśmienite albumy Frontside i NoNe są tego potwierdzeniem.

O death metalu nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Niewiele deathowych płyt w 2008 przykuło moją uwagę. Muzycznie bez wątpienia rządził Behemoth, zamieszanie zrobił Vader (poprzez problemy kadrowe). Oprócz tego wspomnieć należy Job for a Cowboy, Misery Index, Amon Amarth, Benediction, Illdisposed zapowiedź nowego Armagedon, Napalm Death.

Black metal zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Nigdy nie byłem wielkim słuchaczem tego typu dźwięków, a tu proszę - co chwila coś wpadało w ucho. Polski Hermh wymiótł albumem na najwyższym poziomie, świetnie spisali się także panowie z Vesanii. Crionics pozostawił po sobie ciekawą płytę. Na świecie zdominował Keep of Kalessin, polubiłem nową płytę Cradle of Filth. Za odkrycie roku uważam trójmiejską grupę Hesperus Dimension.

Rock 'n' roll żyje głównie dzięki Duńczykom z Volbeat i naszym z Black River. Fajne rzeczy robią też inni nasi rodacy z Soulburners, Pavulon Twist i Jack Daniels Overdrive. Mam nadzieję, że wróci Corruption. Na świecie? AC/DC nie dało plamy, gdzieś tam przewinęły się Airbourne, Black Tide, Black Stone Cherry dali ciała, Chrome Division bez rewelacji. Motorhead bez zarzutu (bo co im można zarzucić?). Słuchałem głównie starych płyt Alabama Thunderpussy, Zeke, Orange Goblin, Backyard Babies, Clutch, Nashville Pussy, Rose Tattoo, Unida i niezastąpionego Down. Kilka kapitalnych odkryć: Diablo Red, składanki Sucking the 70s i Skullboogey. Doom metalowo zarządził Serpentcult i Tiamat.

Nowych Mars Volty i Cult of Luna nie słyszałem, za to Meshuggah zgodnie z przewidywaniami - wysoki poziom. Conquer Soulfly myli mi się z Inflikted CC, obie płytki na dobrą sprawę podobne, ale dają kawał metalowej radochy. Slipknot zawiódł. I tu się rozczarowałem bardzo, bo liczyłem na epokowe dzieło. A tutaj jakoś mało Slipknota. Gdyby na coverze albumu widniało logo Stone Sour wszystko byłoby zajebiście, dalej czekałbym na bezkompromisowego, brutalnego i chorego Slipknota. A tak...

Judas Priest i Venom jakoś specjalnie mojego ciśnienia nie podnieśli. Trivium natomiast nagrało jeden z najlepszych dla mnie albumów 2008, więc nie uważam, żeby Shogun miał być albumem nietrafionym. In Flames rzeczywiście zwolnili, ale poniżej poziomu przyzwoitości nie spadli. The Haunted faktycznie wypadli blado na tle konkurencji.

Dalej pisać mi się zwyczajnie nie chce, zresztą najważniejsze nazwy i tytuły już padły, więc nie ma sensu się rozwodzić. Wszelkie dyskusje jak najbardziej dozwolone.

PS. Wyszedł jeden z najdłuższych postów w historii tego bloga. A powinienem się uczyć.

niedziela, 11 stycznia 2009

Rock według Smołki

Na stronie nieistniejącego już Radia Wolna Chata, w opisie mojej osoby znalazł się cytat z mojego przyjaciela matiego_urundy: "Czy można sobie wyobrazić Nauma bez metalu? Można. Ale po co?". Przytaczam te słowa na potwierdzenie tezy, że w kwestiach heavy metalu (a co za tym idzie ogólnopojętego rocka) jestem obeznany. Poza samą fascynacją dźwiękami (być może ze względu na kierunek studiów) bacznie obserwuję wszystko, co jest związane z pojęciem "rock". Mam swoje przemyślenia. Dużo przemyśleń. Koniec wstępu.

Z konieczności zapoznałem się z książeczką niejakiego Tomasza Smołki pt. "Inwazja decybeli czyli muzyka rockowa i okolice". Po lekturze mogę z czystym sumieniem napisać tak: jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli skorzystać z informacji zawartych w tej publikacji, chociażby po to, żeby ich użyć w jakiejś innej pracy - nie róbcie tego. Mam nieodparte wrażenie, że pan Smołka nie miał zielonego pojęcia o szeroko pojętej kulturze rocka. Wrażenie mogą robić przytaczane gęsto przykłady nagrań, wywiadów itp, z tym, że autor wysnuwa zupełnie błędne wnioski. Błędy merytoryczne? Cała masa, jest z czego wybierać. Trzeba mu natomiast oddać, że stara się być za wszelką cenę obiektywny - a może się nie stara, nie trudno o obiektywizm, jeśli jest się w temacie laikiem.
Generalnie większość tez podanych w tej książce potrafię obalić.



Jak przejdę na emeryturę i będę miał w chuj wolnego czasu to napiszę wtedy książkę będącą odpowiedzią na teorie pana Smołki. Jest tego za dużo, żeby umieszczać na blogu, zresztą, żeby to zrobić musiałbym przewertować książkę ponownie (nie robiłem notatek), a na to nie mam ochoty.

Najbardziej ukłuł mnie fakt, że owa publikacja jest ponoć poprawioną wersją pracy magisterskiej Tomasza Smołki. Ktoś to sprawdził? Chcę poznać tego recenzenta, z chęcią zasiądę do dyskusji z oboma panami przy szklaneczce whisky.

Czytałeś? Masz inne zdanie? Napisz. Ale i tak wątpię, żebyś czytał.

sobota, 3 stycznia 2009

troche o mnie

To już trzeci wpis dziś, ale co tam.

Tym razem będziecie się mogli dowiedzieć czegoś o mnie. Np. stąd: http://areszto.wany.pl/i/1062007/%C5%BBuromin/Jakub-Milszewski.html

A przy pomocy strony ZegarŚmierci.info powiem Wam, co następuje:

Dożyję dokładnie:
- wariant neutralny:

42 lata, 9 miesięcy i 30 dni (co by się zgadzało z moimi przewidywaniami).

Przewidywana data śmierci: 29 styczeń 2031

- wariant optymistyczny:

51 lat, 11 miesięcy i 5 dni

Przewidywana data śmierci: 4 marzec 2040 (ogólnie rzecz biorąc sram na taki optymizm)

- wariant pesymistyczny:

32 lata, 1 miesiąc i 24 dni

Przewidywana data śmierci: 23 maj 2020

Możliwe, że zejdę z powodu upału, pokarmu albo alkoholu.

Niech mi ziemia lekką będzie:
http://oniet.o0o.pl/Polska/7-20/Jakub-Milszewski.html

Poza tym:

Moje życie jest warte 71756 złociszy!





Wartość moich zwłok to:


29767 zł


Sprawdź wartość swoich »






Moja pośmiertna reinkarnacja to: Krab




No i niestety: http://pantoflarz.o0o.pl/wynik/NDUz/SmFrdWI= (choć z tym się nie zgadzam - zainteresowane panie proszę o obronę mojej skromnej osoby w komentarzach).

Mój majątek będzie wart 683 871zł, a Twój?




Najlepsze miejsce na tatuaż to lewe przedramię!




Nie zadzieraj ze mną, jestem bardziej walnięty niż 75% ludzi!




Na 35% spotkasz mnie w piekle!

Kolejne zjawisko paranormalne

Z cyklu "W starym kinie z Naumatorem":

Mrożąca krew w żyłach historia o tym, jak w pewnej wsi na Pomorzu 40 hektarów pola zostało w tajemniczych okolicznościach obsiane konopiami (czy indyjskimi - nie wiadomo).


z cyklu "W starym kinie z Naumatorem"

Wierzysz w duchy?

Jeśli nie, to nie czytaj dalej, filmu też nie oglądaj.

Jeśli tak - obejrzyj film. Nagranie ponoć autentyczne, z jakiegoś cmentarza. Nie chcę zgadywać jakim językiem posługuje się filmujący, więc nie próbowałem nawet umiejscowić w przybliżeniu miejsca zdarzenia na globusie*.





Ty, co nie wierzysz w duchy. Wiem, że mimo moich zaleceń obejrzałeś film.
Robi wrażenie, nie? Tylko, że to mógłby być kot, pies, hiena cmentarna. Na forum, na którym znalazłem owo nagranie napisano, że ludzkie oczy się tak nie świecą. Ludzkie może i nie, choć nie założyłbym się o to. Ale kocie i psie na bank. Zatem po obejrzeniu filmu dalej nie wierzysz w duchy.

Ty, który w duchy wierzysz. Kot? Pies? Foka? Nie, człowieku. To jest coś więcej. Nie daj się oszukać ignorantom. Zwierzątka domowe nie wywołują takiej paniki u dorosłego faceta, który stoi kilkanaście metrów od nich. Przecież poznałby chyba Mruczka, nie?


Teraz coś ode mnie. Wierzę w duchy, niekoniecznie w formie "pojawiam się na cmentarzu w białym prześcieradle i straszę", bardziej w formie "jakaś nieokreślona energia, pozostałość po kimś, czymś". Film mnie przestraszył, co nie znaczy, że jest prawdziwy. Jak napisał jeden z użytkowników forum, z którego filmik zgapiłem, niejaki Rivera: rownie dobrze moglbym polozyc sobie lisc salaty na glowie i to nagrac w ciemnym pomieszczeniu, opatrzyc to tytulem "wynurzajacy sie z zza komody reptylianin" (bardzo odpowiada mi poczucie humoru gościa). Być może film straszy na tej samej zasadzie jak kinowe horrory - po prostu coś jest nagle, bez zaskoczenia, bo przecież na to czekamy, coś wygląda paskudnie i zaraz na ekranie poleje się keczup.
A może nie...
Jeszcze nie wiem. JESZCZE.

W "Kryminalnych zagadkach" wrzuciliby nagranie do kompa, a on podałby długość paznokci zjawy. Ale mój laptop takich cudów nie robi.


* Przypomniał mi się jeden z ulubionych tekstów mojego kumpla z licealnej ławy - Rokiego: Ej, masz globus Warszawy?


PS. Po kilkakrotnym obejrzeniu stwierdzam, że zjawa ma kształt kobiety albo faceta z długimi włosami. Postać klęczy przy grobie w długiej szacie, czyli prześcieradle jak w mordę strzelił.

piątek, 19 grudnia 2008

święta, duperele...




Nie lubię świąt. Jak cholera. Dziwne?

A zastanów się na chwilę. Jak bardzo imponują Ci kolorowe plastykowe światełka dookoła? Gadające i tańczące mikołaje? Tłumy ludzi w centrach handlowych? Tzw. Boże Narodzenie to święto cholernego konsumpcjonizmu. Każdy Ci powie, że nie liczy się dostawanie i dawanie prezentów, tylko rodzinna atmosfera, ciepło i takie tam sraty taty. Zapytaj go wtedy, co, ile i za ile kupił swoim bliskim. I jak bliscy dla niego są. Postaw mu wódkę, po wódce ludzie są dla siebie bardziej szczerzy.
Mnie to mierzi, te całe święta, zakupy, sprzątanie, gotowanie, opłatki, życzenia. Przez jeden do trzech dni w roku mam być miły i dobry dla innych. A co, jeśli nie chcę? Co, jeśli na to w moich oczach nie zasługują? Z drugiej strony, staram się okazywać swoją sympatię i szacunek tym, którym chcę przez cały rok (wielokroć mi nie wychodzi, o czym wie najlepiej moja dziewczyna, ale to już inna kwestia). Wiem, że wielu ludzi spośród tych, którzy życzą mi jak najlepiej patrząc mi w oczy w wigilię Bożego Narodzenia najchętniej wrzuciłoby mi suszarkę do wanny. Ja tak nie robię. Dlatego mogę sobie patrzeć w oczy w lustrze i sumienie mnie nie gryzie.

Już nie wspominając, że nie bardzo wierzę w te bosko-diabelskie sprawy.

Chrześcijaństwo to tylko kolejny kult solarny, kontynuacja innych kultów. Każdy z nich miał swoje najlepsze dni w innej erze zodiakalnej. W tych sprawach najlepiej moje poglądy opisze film Zeitgeist:

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Metallica - All Nightmare Long

Nie puszczą tego w żadnej telewizji, mimo, że nagrał to Warner Bros. Nie puszczą tego ze względu na długość i zawartość. Ale to jest ZAJEBISTE!! To jeden z najlepszych teledysków jakie w życiu widziałem. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, ale powinien dostać pieprzonego Oscara. Poświęćcie 10 minut i obejrzyjcie to tutaj.
Po prostu geniusz.

Apdejt: zapomniałem o poprzednim teledysku, tym do kawałka "The Day That Never Comes". Nie jest na pewno tak oryginalny jak "All Nightmare Long", ale przez chwilę trzyma w napięciu lepiej, niż niejeden thriller. I puszczają go w TV. Możecie obczaić tutaj.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Aleksander "Olass" Mendyk





Uwielbiam NoNe. Uwielbiam Acid Drinkers. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem NoNe rozwalili mnie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ich na żywo zostałem zmieciony. Tego samego dnia zresztą widziałem pierwszy raz na żywo Acid Drinkers. W obu kapelach zagrał Olass. W obu odgrywał bardzo ważną rolę. Gdyby żył dalej stałby się pewnie jedną z legend polskiego metalu. Dużo mu nie zabrakło.

Nieco ponad rok temu zmarł Vitek, perkusista Decapitated. Było mi cholernie żal. Jednak o wiele bardziej szkoda mi Olassa. Był mi jakiś bliższy.

Kurwa, może to tak już jest, że co roku, w listopadzie i grudniu odchodzą zajebiści muzycy metalowi?

Spoczywaj w pokoju, Olo.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Cud? A może efekt działalności Szatana?

Za niewiarygodne.pl:

Rosja: ukradziono kościół

Kapłani przecierali oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że kościół, którego działalność miała zostać wznowiona, został skradziony. Nie, nie chodzi wyłącznie o kradzież wyposażenia świątyni, ale o kradzież całego kościoła. Rosyjska policja już wszczęła śledztwo, a głównymi podejrzanymi są mieszkańcy pobliskiej wsi.

Skradziony kościół to 200-letnia cerkiew, która przez długi czas służyła jako szkoła dla chorych dzieci. Władze kościoła chciały jednak, by dwupiętrowy budynek znów pełnił funkcję domu modlitwy. Gdy przedstawiciele kościoła prawosławnego pojawili się na miejscu, okazało się, że wszelkie plany można schować do szuflady. Budynku już nie było. Agencja "The Associated Press" podała, że kościół widziano po raz ostatni w lipcu. Prawdopodobnie trzy miesiące później, w jego pobliżu zaczęli kręcić się mieszkańcy podmoskiewskiej wsi Komarowo. Wszystko wskazuje na to, że "zwąchali" oni niezły interes i postanowili rozmontować zabytek. Według księdza Witalija, przedsiębiorczy wieśniacy zdemontowali budowlę, cegła po cegle, a potem sprzedali budulec jakiemuś biznesmenowi, w cenie 1 rubla za sztukę.



Kościół Zmartwychwstania oparł się wielu zawieruchom i przetrwał ciężkie czasy komunizmu. Teraz, kiedy wydawało się, że najgorsze ma już za sobą, przestał istnieć za sprawą tych, którzy mienią się ludźmi wierzącymi. Jednak ksiądz Witalij nie pozostawia grabieżcom żadnych wątpliwości. "Ci ludzie dopuścili się bluźnierstwa, a to jest grzech ciężki" - mówi kapłan. Dodatkowo ludzie ci muszą liczyć się z konsekwencjami prawnymi, jakie na pewno ich nie miną.

To nie pierwszy kościół, który nagle zniknął w Rosji. Chyba najbardziej spektakularna likwidacja cerkwi miała miejsce w 1931 r., kiedy na żądanie władz komunistycznych zrównano z ziemią Cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Moskwie - największą tego typu budowlę na świecie. Zanim ją odbudowano, w jej miejscu funkcjonował m.in. basen. Ciekawe, jakie plany mają mieszkańcy Komarowa.





Parafrazując znane powiedzonko: przyjedź do Rosji - Twój kościół już tam jest.

niedziela, 16 listopada 2008

Nostradamus przepowiedział...


Mistrzowie znów powodują...

To się musiało prędzej czy później stać. Po około ponad pół roku przerwy w działalności radiowej, wracam do gry. I to w liczącej się drużynie. W chwili obecnej koordynuję prace nad utworzeniem Wolnego Radia Gdańsk - akademickiego radia Uniwersytetu Gdańskiego, którego studentem jestem. Radio jest tworzone z ramienia Akademickiego Centrum Kultury Alternator. Aktualnie ogarniamy projekt od strony technologicznej - zestawiamy sprzęt i tworzymy stronę internetową.
W inicjalizację owego tworu zaangażonany jest też koleś, z którym stworzyliśmy Radio Wolna Chata - mati_urunda oraz moi dobrzy kumple - Rudolf i Pedro, jak również Dziemian (który jest pomysłodawcą zamieszania i pracownikiem ACK) i Michał Biełuszko (który z kolei jest prezesem ACK). Mamy wsparcie Uniwersytetu, będzie się działo.
Prawdopodobnie niedługo odpalimy nasze macki rekrutacyjne - musimy znaleźć jakąś sprawną kadrę radiową.

Cholera, cieszę się jak dziecko na myśl o tym projekcie. Od jakiegoś czasu razem z Urundą nosiliśmy się z zamiarem reaktywacji Wolnej Chaty, niekoniecznie jako radia, bardziej jako platformy umożliwiającej jakąś działalność w sferze kultury. Teraz, około roku po upadku WC tworzymy instytucję, która będzie o wiele większa i sprawniejsza. Zobaczycie!

Radio Maryja już drży ze strachu w posadach.

Premiera filmowa

Takie coś znalazłem na jednym blogu, niestety zagubiłem gdzieś jego adres, za co autora przepraszam. Nie wiem, czy sam filmik jest również jego autorstwa.



A z racji, że jestem fanem Ojca Dyrektora, jak również mam spełniać już niedługo całkiem podobną funkcję (mam pokierować pewnym radiem, nie zostać zakonnikiem)to (chyba, żeby się nauczyć, jak stworzyć potężne imperium medialne) zadałem sobie trud przegrzebania zasobów Internetu i tak oto trafiłem na takową stroniczkę:

http://recesja.icm.edu.pl/rm/teksty.htm


Enjoy.

środa, 29 października 2008

Ze świata szołbizu

1.
Dowiedziałem się bardzo smutnej rzeczy. Mianowicie koleś, którego znałem jeszcze z czasów liceum jako sympatycznego i wesołego koleżkę popełnił samobójstwo. Ponoć skoczył z piętnastego piętra.


Kamil, kurwa, coś ty zrobił??????



spoczywaj w pokoju, człowieku.



2.
Wieść, którą pozwolę sobie skopiować z bloga Sznapsa:

Nastąpiły lekkie zmiany w spelunie Vat 69. Z powodów czysto odległościowych pomiędzy zespołem a Naumem funkcję głównego wokalisty przejął nasz obecny gitarzysta - Kossa. Ostatnia próba zdecydowanie przekonała nas do jego możliwości przeponowo-gardłowych, co zaowocowało świeżością dodaną do obecnych numerów i przy okazji kolejnym nowym. Z wielką przyjemnością piszę, że repertuar powoli rośnie i sprawia nam wiele frajdy. Jednak nie oznacza to zrezygnowanie z naszej współpracy z Naumatykiem. Rozwiązanie jest takie, ażebśmy mogli grać i ćwiczyć, szlifować wszystko do bysku, zaś Naum, jeśli tylko będzie miał czas, zagości w kapeli jako drugi wokalista i dopracuje swe partie. Nie chcieliśmy po prostu uniezależniać się od jednego człowieka. Dlatego obecny skład kapeli, myślę, że ostateczny, przedstawia się następująco:

Jakub "Kossa" Kossakowski - gitary, wokale
Mateusz "Sznapps" Koziorowski - gitary
Jakub "Kuba" Wojtkiewicz - gitary basowe
Artur "Artie" Woźniak - bębny
+
Jakub "Naum" Milszewski - gościnne wokale


Mój komentarz:
trochę lipa, że tak wyszło, bo byłem cholernie napalony na granie. Nadal jestem, z chęcią bym sobie ponapieprzał trochę metalu. Ale nie mogłem ogarnąć kwestii terminów/dojazdów/noclegów w Płocku. Cóż, zobaczymy jak się sprawa potoczy, w każdym bądź razie nadal czuję się jednym z ojców założycieli Vat 69 i kibicuję panom mocno.



3.
Szybka zmiana klimatu.
Nigdy nie byłem fanem Iron Maiden, bo mnie nudzili. Mogłem posłuchać kawałków paru, ale bez przesady. Hiciory się znało, wiadomo, siedzę w tym heavy metalowym bagienku od lat paru. Nawet zdarzało mi się jakieś koncerciwo widzieć. Ale po tym, co usłyszałem ostatnio, stwierdzam, że Ironi są idealnym zespołem do coverowania. Na dowód klip do utworu "Hallowed by the Name" w wykoaniu jednych z moich ulubieńców, mianowicie Machine Head.



4.

I jeszcze jedno. Znacie program Whose Line It Is Anyway? Ja znam, nie raz zrywałem boki oglądając kolejne odcinki na YouTube. Dziś natknąłem się na JoeMonster.org na petycję o powołanie polskiej edycji programu. Petycja ma być wysłana do zarządu kanału TV4. Ja się podpisałem. Jeśli lubisz się śmiać, to też podpisz.

Ankietka znajduje się pod tym adresem: www.petycje.pl/3461

czwartek, 23 października 2008

Natchnione nauki mistrza Naumatyzmu part III

Wiecie co mnie drażni u ludzi?
Dorastanie. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o sam proces, nie chodzi mi wogóle o stronę biologiczną. Chodzi mi o umysł. Spieszę z wytłumaczeniem.

Większość z nas, ludzi powszechnie nazywanych 'dorosłymi', z rozrzewnieniem wspomina lata dzieciństwa. Niekończące się godziny zabaw, poprzez które iluzorycznie wcielaliśmy w życie nasze dziecięce marzenia. Dziewczynki chciały zostać aktorkami, piosenkarkami, tancerkami, modelkami, lekarkami, nawet paniami sklepowymi. Chłopcy marzyli by być strażakami, żołnierzami, kierowcami, pilotami, muzykami. Ja też tak marzyłem. Wszystko rzecz jasna ewoluowało, moje marzenia się zmieniały, to oczywiste. Ale mam wrażenie, że moje życie potoczyło się dotychczas zupełnie innym torem, niż życie moich kolegów z piaskownicy czy szkolnej ławy.
Drogi czytelniku, przypomnij sobie teraz swoje lata młodzieńcze (o ile masz je już za sobą). Ile razy rodzice powtarzali Ci "mógłbyś już dorosnąć" czy "spoważniej w końcu"? Do znudzenia, prawda? I chcąc, nie chcąc, nadchodzi taki moment, że rzeczywiście 'się dorasta' i 'się poważnieje'. Wtedy wchodzi się do elitarnego grona ludzi 'dorosłych', ludzi, którzy mają swoje sprawy, swoje problemy. Wraz z tym 'dorastaniem' i 'poważnieniem' zapominamy o naszych dziecięcych marzeniach, zaczynamy żyć tak, jak inni. Stajemy się kalką. 'Dorastanie' niezauważalnie wepchnęło nas w formę, jak u Gombrowicza. Jesteśmy modelowi, ponieważ nie zaskakujemy, ponieważ nie mamy indywidualności, mimo, iż nam się to wmawia. Mówimy to samo, myślimy to samo, tak samo jemy, śpimy, wydalamy, nosimy te same ubrania, słuchamy tej samej muzyki. Jesteśmy dumni, że w końcu udało nam się wyjść z tego błędu dzieciństwa, że udało nam się w końcu dorosnąć.
Czy to takie fajne?
Czas na przykład. Ja w dzieciństwie chciałem zostać muzykiem. Teraz mam 20 lat, kiedy ktoś pyta mnie, co chcę robić po studiach, odpowiadam: "Chcę zostać gwiazdą rocka". Wszyscy traktują to jak żart, bo jak człowiek młody, ale - bądź, co bądź - dorosły, może żyć takimi niepoważnymi i dziecinnymi marzeniami? A czym mam żyć, do cholery???? Nigdy nie marzyłem o pracy za biurkiem, 8 godzin dziennie przystawiania pieczątek i podliczania słupków. Marzyłem o przygodach, o muzyce, o fanach, o adrenalinie. Czy to jakiś wstyd? Nie. Jestem dumny, że cały czas żyję tymi dziecinnymi marzeniami. A ilu z nas już przegrało, bo o nich zapomniało?
To wszystko owocuje. Owocuje motywacją do działania. Motywacja do działania owocuje działaniem. Dalej jest z górki. Dlatego to JA jestem zadowolony z mojego dotychczasowego życia. Dlatego o mnie mówią, że jestem 'dzieckiem szczęścia', że mi się znów 'udało'.

Praca domowa dla Ciebie, Czytelniku: stań się znów dzieckiem. Przypomnij sobie, o czym marzyłeś w dzieciństwie. Zastanów się, czy zrealizowałeś marzenia. Jeśli tak, to pomyśl, czy dało Ci to szczęście. Jeśli nie, to zastanów się, czy da ci to satysfakcję. Jeśli tak, to pomyśl, czy masz jeszcze szansę owo marzenie zrealizować, czy już przegrałeś. Zrealizuj. Jeśli nie dasz rady, nie poddawaj się. Pamiętaj, że dzieci mają całe mnóstwo marzeń.
Wyzwól się z więzów dorosłości.





Po właściwym poście coś do przemyślenia:
Odnalezione na portalu gazeta.pl dnia 24 października o godzinie 2.08.

"Japonka aresztowana za zabójstwo wirtualnego męża


Wściekła z powodu rozwodu z wirtualnym mężem Japonka zalogowała się na jego konto w grze internetowej i zabiła należącą do niego postać. Została za to aresztowana, grozi jej do pięciu lat więzienia - poinformowała w czwartek japońska policja.
W wirtualnym świecie gry "Maple Story" postać należąca do 43- letniej nauczycielki gry na pianinie poślubiła bohatera 33- letniego pracownika biurowego. Kiedy ten postanowił się z nią rozwieść, rozgoryczona zalogowała się na jego konto i zabiła jego bohatera. Mężczyzna zawiadomił policję.

- To był nagły rozwód, bez słowa ostrzeżenia. Głęboko mnie to zirytowało - tłumaczyła się ze swojej zbrodni. Wirtualna mężobójczyni nie planowała odwetu w rzeczywistym świecie.

Kobieta jest podejrzana o włamanie do komputera i manipulację danymi elektronicznymi. Nie postawiono jej na razie formalnych zarzutów, jednak jeśli zostanie uznana za winną, grozi jej do pięciu lat więzienia lub grzywna do 5 tys. dolarów.

W ostatnich latach coraz częściej wirtualne życie ma konsekwencje w świecie rzeczywistym. W sierpniu w USA pewnej kobiecie zarzucono, że planowała uprowadzenie przyjaciela poznanego w grze społecznościowej "Second Life". Z kolei w Tokio 16-latek został oskarżony o kradzież hasła innego gracza, by wyłudzić wirtualną walutę wartą 360 tys. dolarów.

Źródło: Policyjni.pl"

Myślę, że komentarz jest zbędny.

środa, 8 października 2008

z racji wakacji

W związku z tym, że nie dzieje się nic, o czym chciałoby mi się tutaj pisać, wrzucam dwie recenzje. Napisałem je na potrzeby portalu wolnachata.com, ale ten jest chwilowo zamknięty.
Proponuję dwa polskie bandy, jeśli ich nie słyszałeś jeszcze toś trąba.

Black River – Black River


Nie wiem, co spowodowało fakt, iż na całym globie nagle zaroiło się od kapel, które określają się jako “rock 'n' rollowe” ustawiając ołtarzyki częściej Lemmy'emu niż Elvisowi. Nie wiem, ale się cieszę. Owa fala dotarła również do naszego kraju - pewnego pięknego dnia z czapy odkryłem z tuzin kapel parających się takową muzyką. I, co najlepsze, większość z nich naprawdę zajebiście kopie dupę. Jestem pewien, że przynajmniej część z tych bandów wypłynie na szerokie wody. Na pewno najgłośniej będzie o Black River.


Black River to supergrupa. Zespół złożony z muzyków, których nie można nazwać niedzielnymi. Ci goście wycierają rodzime (i nie tylko) sceny nie od dziś i potrafią grać. A co najciekawsze, wydają właśnie debiutancką płytę, choć Black River to nie jest nowy projekt, a nawet jest. Już wyjaśniam. Black River to zespół powstały na gruzach legendarnego już Neolithic. W jego szeregach znajdują się obecnie: vaderowy perkusista Daray, behemothowy basowy Orion, Art popylający na gitarce w innym rock 'n' rollowym majstersztyku Soulburners i stary znajomy Kay, na wokalu zaś człowiek – charyzma, czyli Maciek Taff, etatowy śpiewak Rootwater i jednocześnie mój wokalny ulubieniec. Widać więc, dlaczego nazwałem ten twór supergrupą. W jednym z wywiadów Kay stwierdził, że muzycy weszli do studia jako Neolithic, wyszli jako Black River. I owszem, nie jest to Neolithic. Muzyka jest inna. Jest to kawał zajebistego hard rocka, nie tak brudnego jak u Motorhead, nie tak piosenkowego jak u Volbeat. Oryginalnego, wciągającego. Tej płyty naprawdę cholernie dobrze się słucha. Mamy tu sporo nawiązań klasyki gatunku, kojarzy mi się najmocniej Black Label Society (to już jest jakaś tam klasyka, nie?). Do rzeczy. Na krążku znajduje się 9 utworów + akustyczna wersja balladki “Silence” jako wyciszacz na końcu. Początek mocno kopie w dupę. Pierwszy na płycie, “Negative”, to prawdziwa perełka. Takiego riffu bardziej bym się spodziewał po Corruption niż po Black River (po których właściwie nie wiedziałem czego się spodziewać). Kolejny numer, “Free Man”, całkiem fajnie buja, wydaje się jakiś mocno emocjonalny (ale nie bójcie się sztampy). Świetne wrażenie robi “Night Lover”. Przy “Street Games” chciało by się ruszyć gdzieś pod samiutką scenę. “Punky Blonde” stanowi esencję stylu Black River, pewnie dlatego do tego kawałka nagrano teledysk. Dalej mamy jakoś poważnie brzmiący “Crime Scene” i dwa numery mocno kojarzące się z ostatnim krążkiem Rootwater - “Fight” i “Fanatic”, oddzielone od siebie mocniejszą wersją balladki “Silence”. Na koniec jeszcze raz ten utwór, jak wspominałem w wersji akustycznej. Zero nudy, zero powtarzania się. Idealny balans między rock 'n' rollowym rozpasanym szaleństwem i szczyptą powagi.

Z jednej strony trochę mi szkoda, że panowie zdecydowali się zakończyć przygodę z Neolithic. Szkoda, bo byłby to piękny powrót, może z inną niż dotychczas muzyką, ale Neolithic przeszło i tak kawał drogi muzycznej, więc mogłoby dojść też hard rocka. Z drugiej strony doskonale rozumiem powody, dla których muzycy zdecydowali się na nowy szyld. Jedno jest jednak pewne: nie nazwa zespołu jest najważniejsza, tylko to, co zespół robi. A Black River zrobiło kawał zajebistej muzyki i oby tak dalej.


10/10


Jack Daniels Overdrive – Pure Concentrated Evil

Rock 'n' rollowego szaleństwa ciąg dalszy. Szaleństwie trwaj, bo w szaleństwie metoda. Tym razem metoda na zajebistą muzykę. Zespół Jack Daniels Overdrive prezentuje nam swoje dzieło, epkę o złowieszczym tytule “Pure Concentrated Evil”. Obawiam się, że może być kłopot z jej zdobyciem, ale jeśli będziecie mieli okazję, to się nie wahajcie.


Nazwa zespołu dużo mówi. Nazwa krążka tę wiedzę uzupełnia. Na krążku mamy 4 utwory (+ jedno takie coś, przerywnik taki), każdy mocno zaprawiony wódą, fajkami i czym tam jeszcze. Czyli rock 'n' roll wysokich lotów. Ale każdy z tych numerów brzmi potężnie, gdzieś na pograniczu hard rocka i metalu ze wskazaniem na to drugie. Jest bród, smród, nie ma ubóstwa. Jest melodia, jest czad, wszystko w doskonałych proporcjach. Tak jakby się jechało rozklekotanym Cadillakiem słynną Route 66 z flachą Jacka Danielsa. Ciemno, nad głowami gwiazdy, w głowie huczy złość, noga jest ciężka, cywilizacja daleko stąd. Coś cię wkurwiło, więc jedziesz. Wredny szef, wścibska sąsiadka, problemy z żoną, brak kasy. Asfalt pod kołami, jakieś jaszczurki na skałach. A ty popierdalasz tym wozem i rozprawiasz się w głowie ze swoimi demonami (“Demonize”) . Może trochę przesadzam z dokładaniem filozofii do tej muzyki, wszak jest to jednak rock 'n' roll, aczkolwiek jest w nim coś takiego, co nie pozwala przejść obojętnie. Coś, co tkwi w tych aranżacjach, w tych melodiach, w głosie wokalisty, coś, co zostało jeszcze uwidocznione na etapie produkcji. Coś, co zmienia tę muzykę w głowie słuchacza. Wbija jakąś średnio pozytywną energię, każe coś rozpieprzyć (“The Art of Demolition”). Nie można usiedzieć na dupie przy tych czterech numerach i słowach mądrości (“Words of Wisdom” - przerywnik na płycie, wydaje się, że dosyć znamienny sam z siebie, pomijając już fakt, że oddziela dwa weselsze kawałki od dwóch bardziej schizowych). Niby jest wesoło, ale nie do końca. Jest na tym krążku coś niebezpiecznego, coś co błyszczy gdzieś w cieniu. A kawałki cały czas pozostają rock 'n' rollem, który od zamulania trzyma się z dala. I chociażby dlatego powinniście sobie Jack Daniels Overdrive obadać. Mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo panów i czekam na jakieś pełnowymiarowe wydawnictwo.

10/10


Naumatorrrr

środa, 17 września 2008

Historia zespołu

Dawno, dawno temu, w pewnej odległej jak sto pięćdziesiąt krainie, żyła sobie piękna królewna. Jednak zła macocha zamknęła ją na szczycie wysokiej wieży i karmiła vifonami. Królewna rozpaczała i całymi nocami wklejała swoje zdjęcia na naszą-klasę z nadzieją, że ktoś ją w końcu zdoła uwolnić. Wielu próbowało, jednak pod murami wieży poległ cały kwiat Młodzieży Wszechpolskiej. Aż pewnego dnia pod oknem królewny stanęło pięciu dzielnych trubadurów, którzy obiecali ślicznej białogłowie, że ją uwolnią spod jarzma złej macochy Marii K, żony Lecha K (albo tego drugiego, nie wiem dokładnie). Dzielni muzykanci wyjęli swoje tarabany i poczęli w nie walić z całych sił. Już po chwili na murach wieży pojawiły się pęknięcia, następnie wieża zwana Jerycho runęła. I spoko, tyle że królewna (a imię jej było Maradona [albo Mandaryna, moje starożytne źródła nie są zgodne]) poległa pod gruzami. Dzielni trubadurzy przytomnie stwierdzili, że szukać białogłowy w tym pyle się nie opyla i wzięli czem prędzej nogi za pas, co by ich zły król złapać nie zdołał. Udali się w góry, gdzie nie mogła ich otoczyć wysłana przez rozwścieczonego monarchę Liga Polskich Rodzin, jednak uciekinierzy wciąż obawiali się nalotów i klątw ciskanych przez plutony Podwórkowych Kółek Różańcowych.
Cni bohaterowie udali się za granicę, gdzie spotkało ich wiele przygód. A to znaleźli zakopanego w jakiejś norze obwiesia imieniem Szatan czy Sudan, czy Sadam może, a to w Egipcie na targu udało im się spławić człowieka przedstawiającego się jako Asama spod Laden czy jakoś podobnie, który chciał im opchnąć kasetę wideo własnego autorstwa (pewnie jakieś amatorskie porno).
Pokonując w beczce piwa razem z kapitanem Heinekenem Morze Śródziemne, nasi dzielni bohaterowie stawili czoła potworowi z Loch Ness, który jak wszyscy mieszkańcy Wysp Brytyjskich emigrował do Polski na zmywak. Wtedy w głowach minstreli, z mądrości wszak i talentu słynących, błysnęła myśl: a może do Polski? Do tego kraju mlekiem i miodem płynącego (choć krowy wściekłe, a pszczoły też jakieś nie teges, ale ten fragment z mlekiem i miodem można pominąć), do tej mekki trubadurów metalowych? Gdzie heavy metalowa ściana płaczu się rozpościera a długowłosi wyznawcy rogatego biją przed nią pokłony (a myśleliście, że skąd headbanging pochodzi?)?
Jak pomyśleli, tak zrobili. W Karpatach co prawda musieli się uporać z jakimś skośnookim cwaniaczkiem imieniem Yan-osik, ale po długiej i pełnej niebezpieczeństw podróży trafili w końcu do Torogatunia.
Tam odnaleźli heavy metalową ścianę płaczu, nawet cztery ściany, taka gmach jakby cały. Na jej szczycie siedział sam szatan, jego sześćset sześćdziesiąte szóste ziemskie wcielenie. Cały w czerni, rogi dla niepoznaki beretem z moheru przykrył. Siedział na tle szatańskiego wehikułu, wykutego w samych czeluściach piekieł, wręcz w ogniu piekielnym. Rydwan nosił czarcią nazwę Majbach, co w rzeczywistości oznacza "Szatańskie cztery kółka, zimny łokieć, dżipies, nie ruszaj, bo ekskomunika". Siarką czuć było w krainie całej, takie ciastka na niej pieczono, pierdolniki czy pierniki, czy jakoś. Wokół samego szatana, Lucyferydzykiem zwanego pląsały spowite w czarne woalki dziewice. Stare dziewice. Nawet powiedziałbym, że stare panny. Na znak zerwania wszelkich powiązań z ziemskim życiem kobiety owe odrzucały wszelkie pieniądze i dobra, jakie miały, a Lucyferydzyk skrzętnie je wyłapywał. Znamiennym jest fakt, że wszystkie te kobiety były już duchem Lucyferydzyka przesiąknięte i rosły im rogi, które za wzorem swego idola pokryły beretami. W rękach trzymały totemy - małe radyjka na baterie paluszki.
Widząc to nasi dzielni trubadurzy postąpili jak tłum niewiernych, przyłączając się do kultu Lucyferydzyka. Poczęli bębnić w swoje tarabany i czynić tak będą, póki nie pojawi się dwóch pozostałych Jeźdźców Apokalipsy (dwóch już jest, Giertych jakiś i Gosiewski, ponoć są po kądzieli z samym Lucyferydzykiem).
Imieniny obchodzą Mutacja i Denaturat.
Wszystkiego najlepszego.

performens

Vat 69 pierwszy raz wystąpił na żywo. Niestety beze mnie. W Gdańskowie zatrzymały mnie sprawy uczelniane. Ale to nic, a wręcz może i lepiej, bo beze mnie panowie poradzili sobie bardzo dobrze zajmując pierwsze miejsce w przeglądzie "Promocje Młodych" w Płocku.
Filmik jest, jak widać. Jest to pierwszy nasz kawałek, nazywa się "Sands of Time".
Dzięki zwycięstwie w przeglądzie panowie zapewnili nam miejscówkę na próby w miejscowym MDKu.

poniedziałek, 14 lipca 2008

holy roller


Mamy za sobą pierwszą próbę Vat 69, w nowym, mam nadzieję, że stabilnym, składzie. Dokoptowaliśmy (konkretnie to Sznaps dokoptował) nowego gitarowego, Kossę. Zajebista decyzja, bo koleś wniósł do zespołu więcej gitarowej agresji i wysokooktanowego paliwa tym samym. Mamy tez Kubę, nowego basowego, który, wedle swoich zapowiedzi, będzie zapodawał funkowy groove do całości. Zatem ruszyliśmy pełną parą. Życzcie nam powodzenia, skurczybyki.

piątek, 4 lipca 2008

Vat 69 nius od Naumatyka


Moja gitara doszła w tempie ekspresowym od momentu zamówienia. Nie jest to może rewelacja lutnicza, ale daje radę. Teraz mogę wziąć się na dobre za dłubanie nad kawałkami dla Vat69, jeden (o roboczym tytule "Godfear/Godfist") już nawet leży gotowy.
Podejrzewam, że niedługo pojawią się jakieś konkretne relacje z prób, liczę też na zdjęcia, żeby nie było, że to ściema jakaś, ten V69. W najbliższym czasie będę też chciał poruszyć z chłopakami sprawę nagrania jakichś kawałeczków, które zrobimy. Wiem, że Sznippo też się na to pisze, więc podejrzewam, że coś uda nam się zarejestrować.
Zdjęcie wstawiłem dla poprawy humoru oglądających. Proszę przede wszystkim zwrócić uwagę na kolor ścian w moim pokoju.

środa, 25 czerwca 2008

vat69 update





W naszym obozie sprawy toczą się powoli, ale przynajmniej w konkretnym kierunku. Pomysłów pojawia się coraz więcej ze strony każdego z nas, co cieszy mnie niezmiernie. Jest już parę tytułów, które pójdą na tapetę w pierwszej kolejności. Myślę, że przede wszystkim będzie to "E=mc2", kawałek świętej pamięci Nothinga, na gruzach którego powstał Vat69. Ten utwór to porcja dobrego heavy/thrash metalu, co pozwala sądzić, że w takiej stylistyce się utrzymamy. Mam też już parę tekstów, do których pozostaje dopisać muzykę. Niektóre tytuły to: "Dance of Grass", "Electric Lullaby", "Rock and Roll Way", "TB". Znaleźliśmy też (dzięki uprzejmości Miłosza) wypasioną salę prób. Mamy także kilka koncepcji okładek do naszego dzieła, powyżej kolejna. No i w końcu mam pewien pomysł na tytuł, ale na razie cicho sza (chociaż potem pewnie zapomnę). Ja osobiście czekam na gitarę, wtedy będę mógł sam podłubać troszeczkę nad muzyką.
Póki co to chyba tyle.

środa, 11 czerwca 2008

Vat 69


Rusza kolejny band z moim udziałem. Jednocześnie jest to kapela, której skład już kiedyś próbował się zebrać pod nazwą NOTH (o czym jest gdzieś tam niżej), tym razem jako Vat 69.
Różnica jest taka, że podstawowe sprawy mamy ugadane: skład (tymczasowy), miejscówkę do prób. Co chcemy grać? Jakąś muzykę chyba. Te szczątki utworów, które mamy na dzień dzisiejszy plasują się w okolicach hard rocka/crossover/hardcore/thrash metalu (zresztą moje własne inspiracje widać w ramce na samym dole), czyli póki co jest to tak duży jeszcze miszmasz, że sami nie wiemy, czego się spodziewać.
Pewne jest jedno. Chcemy przez okres wakacyjny doszlifować nasze kawałki i nagrać jakiś materiał. Rzecz jasna nie stać nas na studio i te wszystkie sprawy, ale chcieć to móc, Polak potrafi, a człowiek to nie je taki, żeby czego nie zrobił. Więc słowo się rzekło. I po raz kolejny nie wiemy sami co to będzie - demo, promo (bo nie wiemy, czym to się różni), może singiel, może epka. Nie znamy jeszcze tytułu tego wydawnictwa (nie jestem pewien, czy to dobre słowo, bo sami będziemy musieli sobie ten krążek "wydawać"), mamy natomiast już cover art, autorstwa Sznippa, naszego gitarowego (nieźli z nas kolesie, skoro zaczynamy karierę od okładki, nie?). Widać go powyżej.
Co tam jeszcze...
Może jeszcze dopiszę, kto na dzień dzisiejszy tworzy VAt69:

gary - Artie (Sumatra, ex - Nothing)
gitary - Sznippo (ex - Nothing)
bass - Quopot (Last Days Orchestra, ex - Nothing)
wokale, być może gitary - Wasz ukochany mistrz Naumatyk (ex - Conversion)

Powiem Wam tyle, że jestem podekscytowany tą sprawą, to będzie dobra kapela, jeśli tylko nikt nie będzie nam rzucał kłód pod nogi i uda nam się zrobić to, co zamierzyliśmy.
W chwili obecnej pracuję nad tekstami, ale jako, że sesja pracuje nade mną, to jakoś wena i czas nie dopisują. Pomysły mam, spisuję, więc coś z tego poskładam (mam nadzieję). Zresztą kilka tekstów jest gotowych, jakiś czas temu dostałem również dwa dobre teksty od Damiena, kumpla ze szkolnej ławy, więc z górki.

To będą mocne wakacje.

Niedługo powinna ruszyć jakaś pseudostrona, pewnie zrobimy ją na jakimś serwisie blogowym, bo nie chce nam się robić wszystkiego od początku, nie jestem pewien nawet, czy ktoś z nas to potrafi.
Jakoś w okolicach 21 czerwca powinna odbyć się pierwsza próba z prawdziwego zdarzenia.

Więcej info będzie wtedy, gdy będzie o czym informować.