The Holy Cross (In hoc signo vinces)
Erwin Blumenfeld - 1967
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie Niesamowite. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historie Niesamowite. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 sierpnia 2011
środa, 19 stycznia 2011
Warta Playmate Poznań
Takie historie lubię. Mało treści, dużo obrazka.
Nowym prezesem sekcji piłki nożnej klubu Warta Poznań została pani Izabella Łukomska-Pyżalska. Nie poświęciłbym temu wydarzeniu nawet linijki, bo nigdy nawet w Poznaniu nie byłem, gdyby nie fakt, że pani Izabella to z pewnością najładniejszy prezes czegokolwiek w Polsce.
Moja dzisiejsza bohaterka ma za sobą sesje w Playboyu i CKM, jest szefową agencji modelek, pojawiała się też na szklanym ekranie (bez ubrań). Co ja tu będę gadał. Popatrzcie sami:
A zatem czyś jest wiernym kibicem Warty czy tylko miłośnikiem urody pani Izy - gugle są od guglania. Szukajcie, a znajdziecie więcej (polecam szukać pod "Iza Łukomska" i "Izabella Łukomska" - gugle nie zna drugiego nazwiska Izy).
PS. Wiem, że pewna osoba znów będzie miała pretensje, że ja znów o jakichś blondynkach. Z miejsca odpowiadam: I CO Z TEGO??
Nowym prezesem sekcji piłki nożnej klubu Warta Poznań została pani Izabella Łukomska-Pyżalska. Nie poświęciłbym temu wydarzeniu nawet linijki, bo nigdy nawet w Poznaniu nie byłem, gdyby nie fakt, że pani Izabella to z pewnością najładniejszy prezes czegokolwiek w Polsce.
Moja dzisiejsza bohaterka ma za sobą sesje w Playboyu i CKM, jest szefową agencji modelek, pojawiała się też na szklanym ekranie (bez ubrań). Co ja tu będę gadał. Popatrzcie sami:
A zatem czyś jest wiernym kibicem Warty czy tylko miłośnikiem urody pani Izy - gugle są od guglania. Szukajcie, a znajdziecie więcej (polecam szukać pod "Iza Łukomska" i "Izabella Łukomska" - gugle nie zna drugiego nazwiska Izy).
PS. Wiem, że pewna osoba znów będzie miała pretensje, że ja znów o jakichś blondynkach. Z miejsca odpowiadam: I CO Z TEGO??
niedziela, 2 stycznia 2011
Robert Adler
Dobra i zła wiadomość.
Zła to taka, że gapa jestem, bo nie zauważyłem nawet, że jeden z moich ulubionych polskich rysowników komiksowych rysuje teraz dla dużego wydawnictwa.
Dobra to taka, że jeden z moich ulubionych polskich rysowników komiksowych rysuje teraz dla dużego wydawnictwa.
Rysownik to Robert Adler, facet znany mi przede wszystkim z "48 stron", "Drugich 48 stron" i "Overload". Teraz Robert rysuje dla Boom! Studios komiksy do scenariusza znanego tu i ówdzie Chrisa Robersona. Scenariusza - dodajmy - będącego prequelem do jednej z bardziej znanych powieści Phillipa K. Dicka.
Aby nabyć dwa tomiszcza w cenie lepszej niż w empajku klik tutaj.
Do zobrazowania posta, żeby smutno nie było, posłużę się Adlerowskim obrazkiem z "Dust to Dust" właśnie.
copyrajty oczywiście Robert Adler. Więcej na jego blogu: robertadler.blogspot.com.
Tak trzymać, chłopie.
Zła to taka, że gapa jestem, bo nie zauważyłem nawet, że jeden z moich ulubionych polskich rysowników komiksowych rysuje teraz dla dużego wydawnictwa.
Dobra to taka, że jeden z moich ulubionych polskich rysowników komiksowych rysuje teraz dla dużego wydawnictwa.
Rysownik to Robert Adler, facet znany mi przede wszystkim z "48 stron", "Drugich 48 stron" i "Overload". Teraz Robert rysuje dla Boom! Studios komiksy do scenariusza znanego tu i ówdzie Chrisa Robersona. Scenariusza - dodajmy - będącego prequelem do jednej z bardziej znanych powieści Phillipa K. Dicka.
Aby nabyć dwa tomiszcza w cenie lepszej niż w empajku klik tutaj.
Do zobrazowania posta, żeby smutno nie było, posłużę się Adlerowskim obrazkiem z "Dust to Dust" właśnie.
copyrajty oczywiście Robert Adler. Więcej na jego blogu: robertadler.blogspot.com.
Tak trzymać, chłopie.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Historia pewnego morderstwa
Wycinek z artykułu "Niesamowite zbiegi okoliczności III" z portalu JoeMonster.org. Czytać do końca.
Barbara Forrest (urodzona w 1954 roku) i Mary Ashford (urodzona w 1797 roku) to dwie ofiary morderstw, które wyglądają na niemal dwie identyczne zbrodnie. Obie panie zostały zamordowane 27 maja, o tej samej porze dnia, w wieku 20 lat (w 1817 i w 1974 roku), w tym samym mieście, w miejscach oddalonych od siebie o niecałe 400 metrów. Zarówna Mary, jak i Barbara zostały zgwałcone przed śmiercią, a ich ciała ktoś próbował ukryć, by zamaskować swoją zbrodnię. Obie wracały od swoich przyjaciół, obie zmieniały tej nocy sukienki i obie były tej nocy na tańcach.
Mężczyźni, którzy zostali oskarżeni o te zbrodnie, obaj nazywali się Thornton.
A teraz pytanie: film "Medium" oglądali?
Chodzi o "Medium" reżyserii Jacka Koprowicza, 1985 rok, ze świetnymi rolami m.in. Ewy Dałkowskiej, Jerzego Stuhra, Grażyny Szapołowskiej, Jerzego Zelnika, Władysława Kowalskiego i Michała Bajora. (FilmWeb)
Nie widzieli? To nadrobić zaległości proszę, a potem przeczytać powyższą historyjkę raz jeszcze.
Podzielić się przemyśleniami.
Barbara Forrest (urodzona w 1954 roku) i Mary Ashford (urodzona w 1797 roku) to dwie ofiary morderstw, które wyglądają na niemal dwie identyczne zbrodnie. Obie panie zostały zamordowane 27 maja, o tej samej porze dnia, w wieku 20 lat (w 1817 i w 1974 roku), w tym samym mieście, w miejscach oddalonych od siebie o niecałe 400 metrów. Zarówna Mary, jak i Barbara zostały zgwałcone przed śmiercią, a ich ciała ktoś próbował ukryć, by zamaskować swoją zbrodnię. Obie wracały od swoich przyjaciół, obie zmieniały tej nocy sukienki i obie były tej nocy na tańcach.
Mężczyźni, którzy zostali oskarżeni o te zbrodnie, obaj nazywali się Thornton.
A teraz pytanie: film "Medium" oglądali?
Chodzi o "Medium" reżyserii Jacka Koprowicza, 1985 rok, ze świetnymi rolami m.in. Ewy Dałkowskiej, Jerzego Stuhra, Grażyny Szapołowskiej, Jerzego Zelnika, Władysława Kowalskiego i Michała Bajora. (FilmWeb)
Nie widzieli? To nadrobić zaległości proszę, a potem przeczytać powyższą historyjkę raz jeszcze.
Podzielić się przemyśleniami.
czwartek, 2 grudnia 2010
środa, 1 grudnia 2010
opal

Tak, to jest ślubne zdjęcie Anselmo.
Wybranka zwała się Stephanie Opal i przaśna z niej kobitka jest. Więcej ślubnych zdjęć Stefki i Filipka można znaleźć w sieci. Stefka wyglądała ładnie, Filipek jak zwykle ubrał się jak szmata (w sumie tego po nim oczekiwałem i jestem kontent).

Dziewczyna z gitarą i facet z blantem po zaślubinach pograli nawet trochę razem jako "Southern Isolation". Towarzyszyło im jeszcze kilku muzyków, coś tam nagrali i koniec. W sumie nic nadzwyczajnego. Opal pojawiła się ponadto na drugiej płycie Down ("Down II: A Bustle in Your Hedgerow, na trzech płytach grindcore'owej Necrophagii (gdzie Anselmo grywał na gitarze jako Anton Crowley) i paru innych, mniej znanych wydawnictwach jeszcze mniej znanych grup. Ponoć zagrała też w jakimś filmie, z takim wyglądem nie jest to chyba dziwne, może nawet nie był to pornol.
W każdym bądź razie Stefka się już Filipkowi znudziła (albo rozwiedli się z innych przyczyn - podejrzewam, że wymienił ją na worek trawska). Nieważne, chętnie ją przygarnę.
czwartek, 13 maja 2010
Mohery a umiejętność czytania ze zrozumieniem
Ani ja, ani redakcja gazety.pl, ani chyba autor bloga Głos Rydzyka nie bardzo wiemy ocb.
Sytuacja zrobiła się intrygująca. Nie wiedzieć czemu, owieczki ojczulka R. potraktowały krytyczny blog Głos Rydzyka jako kolejną Lux Veritatisową metodę głoszenia jedynie prawdziwego objawionego słowa. I ślą do autora bloga maile wszelakie. Gwoli sprawiedliwości, to ponoć także przeciwnicy jego świątobogatości tak GR odebrali. Teraz już wiem, czemu na maturze kładzie się nacisk na czytanie ze zrozumieniem. A może wszyscy daliśmy się wkręcić, jak w przypadku bloga naszej ukochanej Martynki, i GR rzeczywiście należy do Tadeusza, obok TV Trwam, Lux Veritatis i Naszego Dziennika?
Przytaczam post z Głosu Rydzyka z 13 maja 2010. Całość znajduje się tutaj.
Te od ludzi, którzy nie przepadają za toruńską stacją przemilczę. Jak skomentował mój znajomy, chamstwo jest wartością uniwersalną.
Za to korespondencja od słuchaczy Radia Maryja bywa sympatyczna. Zdarzają się poematy i wezwania do poczucia misji i patriotyzmu.
Oto próbki z ostatnich dni:
Próbowałem wysłać przez połączenie w Głosie, ale mi serwer odrzucił.
Wysyłam więc zwykłą pocztą. Przekazuję swój wierszyk "Na Platformę" do
wykorzystania. Może znajdziecie miejsce w swoich materiałach do jego
publikacji. Serdeczne Dzięki!
Ja, co prawda nie mam takiego wejścia i mocy
Aby Platformie dokładać o każdej porze dnia i nocy.
Będę jednak próbował Jej chociaż zaszkodzić
Aby w Sejmie nie mogła za długo przewodzić.
Bo ona stosuje zagrywki poniżej pasa.
Wyciągając Wojewódzkiego niczym z rękawa Asa,
Na samym początku swej kampanii brudnej.
Aby ukryć za Nim widok swej buzi obłudnej.
Gdyby jeszcze Komorowskiego na "Tron" wprowadziła,
To bądźcie pewni, że już się z nikim, nie będzie liczyła.
Będzie mogła swe machlojki pod dywan zamiatać
I z wszelkimi mętami pod biurkiem się bratać.
Na PiS ciskać kalumnie, obrzucać Go błotem.
Licząc na bezmyślność i ludzką głupotę.
Wszystko po to by zmącić Polakowi w głowie
I żeby robił wszystko, co Dodzio Mu powie.
Znając polską mentalność, która jest taka,
Że Polak najchętniej posłucha cwaniaka.
Uczciwemu, nie dość, że nie wierzy,
Ale przeciw niemu, nawet z diabłem się sprzymierzy.
Ja Jej życzę, oby w swych manewrach się pomyliła
I jak najwięcej - dotychczasowych zwolenników - utraciła.
Pozdrawiam! Niech Was Bóg wspiera w zmaganiu się ze złem.
Od GR do autora: Dziękuję za pozdrowienia. Wzajemnie!
I kolejny mail:
Szanowny Panie,
Zwracam się z apelem, proszę jak najszybciej i jak najaktywniej
włączyć się w kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego.
W tych wyborach nie chodzi tylko o prezydenturę, choć bardzo ważna. W tych wyborach chodzi o Polskę!
Komunizm się nie skończył w roku 1989, zmienił tylko trochę sztandary,
lepiej się zamaskował. Środowiska wrogie Polsce wciąż znajdują się w
władzy. Wrogie Polsce media właśnie rozkręcają kampanię nienawiści do
PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Mimo, że jeszcze nie padło ani jedno
słowo. Nie jesteśmy wolni. To wciąż jest okupacja!
Dziś moment jest decydujący w historii Polski. Dziś ponownie jest rok
1980! Dziś jest czas na rewolucję! Jeszcze wszyscy pamiętamy o tłumach przed Pałacem Prezydenckim, jeszcze wszyscy pamiętamy Rotę śpiewaną na Rynku w Krakowie!
Zwracam się z apelem o wybór prawego Prezydenta! O przywrócenie
Polakom godności i dumy!
Nie można czekać ani dnia, należy działać natychmiast, i w całym
kraju! Jutro może być już za późno!
Od GR: Robię co mogę. Głos Rydzyka permanentnie prowadzi kampanię Jarosława Kaczyńskiego, rozsławiając myśl jego sojusznika, redemptorysty z Torunia, cytując PiS-owskich gości i przytaczając propisowskich słuchaczy Radia Maryja.
Sytuacja zrobiła się intrygująca. Nie wiedzieć czemu, owieczki ojczulka R. potraktowały krytyczny blog Głos Rydzyka jako kolejną Lux Veritatisową metodę głoszenia jedynie prawdziwego objawionego słowa. I ślą do autora bloga maile wszelakie. Gwoli sprawiedliwości, to ponoć także przeciwnicy jego świątobogatości tak GR odebrali. Teraz już wiem, czemu na maturze kładzie się nacisk na czytanie ze zrozumieniem. A może wszyscy daliśmy się wkręcić, jak w przypadku bloga naszej ukochanej Martynki, i GR rzeczywiście należy do Tadeusza, obok TV Trwam, Lux Veritatis i Naszego Dziennika?
Przytaczam post z Głosu Rydzyka z 13 maja 2010. Całość znajduje się tutaj.
czwartek, 13 maja 2010
Sympatycy PiS piszą do Głosu Rydzyka
Nie wiem co o tym sądzić, ale część czytelników uważa Głos Rydzyka za "kolejne dzieło powstałe przy Radiu Maryja", obok TV Trwam i Fundacji Lux Varitatis. Stąd maile do GR od sympatyków i przeciwników ojca dyrektora, niektóre adresowane do samego szefa rozgłośni.Te od ludzi, którzy nie przepadają za toruńską stacją przemilczę. Jak skomentował mój znajomy, chamstwo jest wartością uniwersalną.
Za to korespondencja od słuchaczy Radia Maryja bywa sympatyczna. Zdarzają się poematy i wezwania do poczucia misji i patriotyzmu.
Oto próbki z ostatnich dni:
Próbowałem wysłać przez połączenie w Głosie, ale mi serwer odrzucił.
Wysyłam więc zwykłą pocztą. Przekazuję swój wierszyk "Na Platformę" do
wykorzystania. Może znajdziecie miejsce w swoich materiałach do jego
publikacji. Serdeczne Dzięki!
Ja, co prawda nie mam takiego wejścia i mocy
Aby Platformie dokładać o każdej porze dnia i nocy.
Będę jednak próbował Jej chociaż zaszkodzić
Aby w Sejmie nie mogła za długo przewodzić.
Bo ona stosuje zagrywki poniżej pasa.
Wyciągając Wojewódzkiego niczym z rękawa Asa,
Na samym początku swej kampanii brudnej.
Aby ukryć za Nim widok swej buzi obłudnej.
Gdyby jeszcze Komorowskiego na "Tron" wprowadziła,
To bądźcie pewni, że już się z nikim, nie będzie liczyła.
Będzie mogła swe machlojki pod dywan zamiatać
I z wszelkimi mętami pod biurkiem się bratać.
Na PiS ciskać kalumnie, obrzucać Go błotem.
Licząc na bezmyślność i ludzką głupotę.
Wszystko po to by zmącić Polakowi w głowie
I żeby robił wszystko, co Dodzio Mu powie.
Znając polską mentalność, która jest taka,
Że Polak najchętniej posłucha cwaniaka.
Uczciwemu, nie dość, że nie wierzy,
Ale przeciw niemu, nawet z diabłem się sprzymierzy.
Ja Jej życzę, oby w swych manewrach się pomyliła
I jak najwięcej - dotychczasowych zwolenników - utraciła.
Pozdrawiam! Niech Was Bóg wspiera w zmaganiu się ze złem.
Od GR do autora: Dziękuję za pozdrowienia. Wzajemnie!
I kolejny mail:
Szanowny Panie,
Zwracam się z apelem, proszę jak najszybciej i jak najaktywniej
włączyć się w kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego.
W tych wyborach nie chodzi tylko o prezydenturę, choć bardzo ważna. W tych wyborach chodzi o Polskę!
Komunizm się nie skończył w roku 1989, zmienił tylko trochę sztandary,
lepiej się zamaskował. Środowiska wrogie Polsce wciąż znajdują się w
władzy. Wrogie Polsce media właśnie rozkręcają kampanię nienawiści do
PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Mimo, że jeszcze nie padło ani jedno
słowo. Nie jesteśmy wolni. To wciąż jest okupacja!
Dziś moment jest decydujący w historii Polski. Dziś ponownie jest rok
1980! Dziś jest czas na rewolucję! Jeszcze wszyscy pamiętamy o tłumach przed Pałacem Prezydenckim, jeszcze wszyscy pamiętamy Rotę śpiewaną na Rynku w Krakowie!
Zwracam się z apelem o wybór prawego Prezydenta! O przywrócenie
Polakom godności i dumy!
Nie można czekać ani dnia, należy działać natychmiast, i w całym
kraju! Jutro może być już za późno!
Od GR: Robię co mogę. Głos Rydzyka permanentnie prowadzi kampanię Jarosława Kaczyńskiego, rozsławiając myśl jego sojusznika, redemptorysty z Torunia, cytując PiS-owskich gości i przytaczając propisowskich słuchaczy Radia Maryja.
poniedziałek, 8 marca 2010
love!
Kocham ten nius:
Dyskretnie wynieśli z budowy... 30-tonowy dźwig
Złodzieje wynieśli w weekend ze strzeżonego placu budowy na Okęciu 30-tonowy dźwig - podaje Radio Zet.
Maszyna warta jest warta ok. miliona złotych. - Prawdopodobnie ktoś wywiózł dźwig na na lawecie - opowiada Radiu ZET właściciel maszyny Ryszard Jankowski.
Maszyna jest jaskrawożółta, wygląda jak nowa. Ma zasięg niemal 50 metrów, czyli na wysokość 16. piętra - czytamy.
znów gazeta.pl
Dyskretnie wynieśli z budowy... 30-tonowy dźwig
Złodzieje wynieśli w weekend ze strzeżonego placu budowy na Okęciu 30-tonowy dźwig - podaje Radio Zet.
Maszyna warta jest warta ok. miliona złotych. - Prawdopodobnie ktoś wywiózł dźwig na na lawecie - opowiada Radiu ZET właściciel maszyny Ryszard Jankowski.
Maszyna jest jaskrawożółta, wygląda jak nowa. Ma zasięg niemal 50 metrów, czyli na wysokość 16. piętra - czytamy.
znów gazeta.pl
niedziela, 31 stycznia 2010
dużodużodużowódki
gazeta.pl donosi:
W Rosji urodziny wódki. Jak będą świętować?
Rosja obchodzi rocznicę naukowego zdefiniowania produkcji wódki. 145 lat temu Dmitrij Mendelejew obronił rozprawę doktorską zatytułowaną "O połączeniu spirytusu z wodą".
Wódkę w Rosji produkowano znacznie wcześniej. Jednak cześć uczonych obronę rozprawy doktorskiej Mendelejewa traktuje właśnie jako datę powstania "klasycznego rosyjskiego napoju o zawartości 40 procent alkoholu". Media zwracają uwagę, że w Rosji na przestrzeni wieków istniało różne podejście do wódki.
Dziś alkohol ten jest niemal jednym z symboli Rosji, razem z kawiorem, bałałajką i samowarem. W ostatnich latach najwyższe władze państwowe i medycy nawołują do zmniejszenia spożycia alkoholu przez Rosjan. Od nowego roku wprowadzono minimalną cenę na wódkę, ustalając ją na poziomie 89 rubli, czyli około 9 zł za pół litra trunku o klasycznej zawartości alkoholu.
dżek, IAR

Tymczasem Mistrz Naumatorrr przygotowuje się do świętowania oblania bądź zaliczenia egzaminu z wszystkiego. Jako, że Mistrz Naumatorrr jest Europejczykiem i sympatyzuje z zachodem, na stole postawi przysmak ze Szkocji.
W Rosji urodziny wódki. Jak będą świętować?
Rosja obchodzi rocznicę naukowego zdefiniowania produkcji wódki. 145 lat temu Dmitrij Mendelejew obronił rozprawę doktorską zatytułowaną "O połączeniu spirytusu z wodą".
Wódkę w Rosji produkowano znacznie wcześniej. Jednak cześć uczonych obronę rozprawy doktorskiej Mendelejewa traktuje właśnie jako datę powstania "klasycznego rosyjskiego napoju o zawartości 40 procent alkoholu". Media zwracają uwagę, że w Rosji na przestrzeni wieków istniało różne podejście do wódki.
Dziś alkohol ten jest niemal jednym z symboli Rosji, razem z kawiorem, bałałajką i samowarem. W ostatnich latach najwyższe władze państwowe i medycy nawołują do zmniejszenia spożycia alkoholu przez Rosjan. Od nowego roku wprowadzono minimalną cenę na wódkę, ustalając ją na poziomie 89 rubli, czyli około 9 zł za pół litra trunku o klasycznej zawartości alkoholu.
dżek, IAR

Tymczasem Mistrz Naumatorrr przygotowuje się do świętowania oblania bądź zaliczenia egzaminu z wszystkiego. Jako, że Mistrz Naumatorrr jest Europejczykiem i sympatyzuje z zachodem, na stole postawi przysmak ze Szkocji.
niedziela, 3 stycznia 2010
a mówią, że kupowanie w Lidlu to nie luksus...
Przytaczam za gazeta.pl:
Heroina w kartonach z bananami w Lidlu w Madrycie
Najprawdopodobniej przez pomyłkę organizacja handlarzy narkotyków pozwoliła, aby do sieci sklepów Lidl w Madrycie dostały się paczki z heroiną. Narkotyki były ukryte w kartonach z importowanymi bananami.
Owoce przywieziono do supermarketów Lidl w sobotę, z magazynów hurtowego rynku żywności Mercamadrid.
Wszystkie supermarkety Lidla otrzymały po kilka kartonów z bananami. Ku zdumieniu sprzedawców, na dnie odkryto podejrzane paczki. Jak się okazało, była to sprasowana heroina.
Powiadomiona policja znalazła w sobotę 25 kg narkotyków. W niedzielę poszukiwania trwały.
- Nigdy dotąd nie zdarzyło się coś podobnego - powiedziała jedna ze sprzedawczyń Lidla. - Przyjechała policja i skierowała się prosto do kartonów z bananami. Wyrzuciła wszystkie na zewnątrz i przeszukała.
Policja zwróciła się do konsumentów o zachowanie spokoju, gdyż wszystkie dystrybuowane w sobotę banany zostały wycofane ze sprzedaży w sklepach Lidla.
Heroina w kartonach z bananami w Lidlu w Madrycie
Najprawdopodobniej przez pomyłkę organizacja handlarzy narkotyków pozwoliła, aby do sieci sklepów Lidl w Madrycie dostały się paczki z heroiną. Narkotyki były ukryte w kartonach z importowanymi bananami.
Owoce przywieziono do supermarketów Lidl w sobotę, z magazynów hurtowego rynku żywności Mercamadrid.
Wszystkie supermarkety Lidla otrzymały po kilka kartonów z bananami. Ku zdumieniu sprzedawców, na dnie odkryto podejrzane paczki. Jak się okazało, była to sprasowana heroina.
Powiadomiona policja znalazła w sobotę 25 kg narkotyków. W niedzielę poszukiwania trwały.
- Nigdy dotąd nie zdarzyło się coś podobnego - powiedziała jedna ze sprzedawczyń Lidla. - Przyjechała policja i skierowała się prosto do kartonów z bananami. Wyrzuciła wszystkie na zewnątrz i przeszukała.
Policja zwróciła się do konsumentów o zachowanie spokoju, gdyż wszystkie dystrybuowane w sobotę banany zostały wycofane ze sprzedaży w sklepach Lidla.
poniedziałek, 4 maja 2009
Z serii: historie niesamowite.
Jestem fanem koszykówki, szczególnie jej najefektowniejszej wersji - NBA. Tam emocje sięgają zenitu a zawodnicy zostawiają na parkiecie całe serce. Tam nie gra się jedynie o wielką kasę - wielu graczy walczy o lepsze życie, o szansę dla siebie i dla innych. Koszykówka to wielokrotnie szansa dla młodych czarnych chłopaków na wyjście z getta, na osiągnięcie szacunku ludzi i samego siebie.
Dikembe Mutombo grał w NBA w momencie, kiedy uczyłem się zasad tego sportu. W tym roku zakończył karierę. Jego piękną (wartą nakręcenia łzawego filmu) historię opisują Michał Rutkowski i Paweł Wujec w serwisie sport.pl:
Fruwając pod koszem: Wielkie chłopisko o wielkim sercu

W dzieciństwie marzył, że gdy urośnie, zostanie lekarzem. Ale urósł tak bardzo, że nie mógł nie zostać koszykarzem. Swoje marzenie z dzieciństwa realizuje, budując szpitale.
Dikembe Mutombo spędził w NBA 18 lat. Odnosił sukcesy m.in. w Denver Nuggets, Atlanta Hawks, Philadelphii 76ers i New Jersey Nets. To z nim wiąże się jeden z najpiękniejszych obrazków w historii play-offów NBA, jaki pamiętamy: rok 1994, pierwsza runda play-offów, końcowa syrena, wielki facet długo leży na plecach, kurczowo trzymając piłkę ponad głową, na twarzy maluje się pełnia szczęścia i najszerszy uśmiech świata. Denver Nuggets właśnie sprawili największą sensację w historii NBA, eliminując rozstawionych z jedynką Seattle Supersonics (tę wzruszającą scenkę można sobie przypomnieć w naszym blogu Supergigant.blox.pl).
Ostatnie pięć lat Dikembe spędził w Houston jako zmiennik Yao Minga. Karierę zamierzał zakończyć już po poprzednim, znakomitym sezonie okraszonym 22-meczową serią zwycięstw Rockets z rzędu, podczas której godnie zastępował kontuzjowanego Yao. Ale kiedy dowiedział się o niesnaskach w szatni na linii McGrady - Yao - Ron Artest, w grudniu dał się namówić władzom klubu na jeszcze jeden comeback: "Zrobię z tym porządek - może złapię kilku za łby, stuknę jednym o drugi i wszystko wróci do normy".
I wróciło. Rockets awansowali do play-offów z piątego miejsca na Zachodzie, w pierwszym wyjazdowym meczu pokonali Portland Trail Blazers. Mutombo zagrał jak młodzieniaszek, zebrał dziewięć piłek, zaliczył dwa bloki w 18 minut.
W pierwszej kwarcie meczu nr 2 Mutombo upadł na ziemię po niegroźnym starciu z młodszym o 22 lata Gregiem Odenem. 43-letnie kolano powiedziało dość. Koledzy znieśli płaczącego Mutombo na noszach z parkietu. Jego kariera koszykarska dobiegła końca.
Odchodzi wielki koszykarz o bardzo wielkim sercu. Mutombo tak tłumaczył, dlaczego zrezygnował z medycyny i został koszykarzem: "Kiedy podpisałem pierwszy wielomilionowy kontrakt z Denver Nuggets, zrozumiałem, że mogę bardziej pomóc moim rodakom, grając w koszykówkę, niż będąc lekarzem". I zamiast jak typowy koszykarz NBA wydawać swoje pensje na pałace, limuzyny i biżuterię, rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność charytatywną. W 1997 roku założył fundację własnego imienia, zbierając datki na walkę z biedą w Kongu. Adoptował czworo dzieci. Sfinansował wyjazd kobiecej koszykarskiej reprezentacji Konga na olimpiadę w Atlancie. Zorganizował program "Koszykówka bez granic", w ramach którego odbywał wraz z kolegami z NBA tournée po Afryce. Był rzecznikiem wielu organizacji charytatywnych, dostawał mnóstwo nagród za swoją działalność. Jak mówi: "Dzięki NBA otworzyło się przede mną wiele drzwi. Muszę pamiętać, żeby jak najwięcej ludzi miało szansę przejść przez te drzwi. To jest afrykański sposób na życie".

Trzy lata temu, po dziewięciu latach gromadzenia funduszy, sporów z władzami Konga o ziemię i samej budowy fundacja Mutombo otworzyła w Kinszasie, stolicy Konga, nowoczesny szpital na 300 łóżek - Biamba Marie Mutombo (imienia matki Dikembe, która zmarła 12 lat temu na atak serca, bo nie było dla niej miejsca w szpitalu). To pierwszy szpital zbudowany w Kinszasie od blisko 40 lat. Mutombo zapewnił ponad połowę z 29 mln dol., które pochłonęło całe przedsięwzięcie. Był szczęśliwy, bo spełniło się marzenie jego życia: "Kiedy złapiesz windę, która zawiezie cię na sam szczyt, nie zapomnij posłać jej z powrotem na dół, żeby ktoś jeszcze mógł nią wjechać. To mój sposób na posłanie windy z powrotem na dół".
Dikembe Mutombo nie będzie już mógł się realizować jako wielki koszykarz. Ale będzie miał mnóstwo czasu, żeby się realizować jako dobry człowiek.
PS Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie wspominamy najlepsze momenty z kariery Mutombo, jego charakterystyczny tubalny głos a la Lord Vader i poczucie humoru.

Kronika towarzyska
Kilka tygodni temu Dikembe Mutombo został ukarany przewinieniem technicznym i grzywną, bo z ławki narzekał na pracę arbitrów. Dziennikarze przyłapali go potem w szatni z komórką w dłoni: "Mam na linii komisarza Sterna. Powiem mu, że NBA nie potrzebuje mojego tysiąca dolarów grzywny. W Afryce jest mnóstwo głodnych dzieci i chyba nie chcecie zabierać im jedzenia?".
Ciekawostki
Dikembe naprawdę nazywa się Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamba Jean-Jacques Wamutombo.
Jest drugim najlepiej blokującym koszykarzem w historii NBA (3289 bloków), za Hakeemem Olajuwonem.
Czterokrotnie był wybierany na najlepszego obrońcę w NBA, ośmiokrotnie grał w Meczu Gwiazd.
Mówi płynnie po angielsku, francusku, hiszpańsku, portugalsku i w pięciu narzeczach afrykańskich.
Charakterystycznym gestem Dikembe był tzw. finger wag (merdający paluszek) następujący zazwyczaj po udanym bloku na przeciwniku. Symbolizował on przekaz: "nie w moim domu", bo teren wokół kosza drużyny Mutombo to teren należący do Mutombo. Gest ten narodził się w roku 1970 w Zairze. Czteroletni Mutombo przedrzeźniał swoją mamę, która zwracała mu uwagę, żeby nie drażnił starszego brata. Dziesięć lat później Dikembe po raz pierwszy zaprezentował merdający paluszek podczas meczu koszykówki nastolatków. I tak to trwało aż do ubiegłego tygodnia. Ciekawe, prawda?
Złota myśl
Pewnie nikt nie myślał, że tego wielkiego chłopa będą kiedyś znosić z parkietu na noszach. Odchodzę jak ranny żołnierz. Ale myślę, że to też była piękna chwila -pokazująca poświęcenie dla ligi, dla drużyny, dla kolegów z zespołu - Dikembe Mutombo.
I tego gościa z czystym sumieniem mogę nazwać wielkim sportowcem. Szacun.
Dikembe Mutombo grał w NBA w momencie, kiedy uczyłem się zasad tego sportu. W tym roku zakończył karierę. Jego piękną (wartą nakręcenia łzawego filmu) historię opisują Michał Rutkowski i Paweł Wujec w serwisie sport.pl:
Fruwając pod koszem: Wielkie chłopisko o wielkim sercu

W dzieciństwie marzył, że gdy urośnie, zostanie lekarzem. Ale urósł tak bardzo, że nie mógł nie zostać koszykarzem. Swoje marzenie z dzieciństwa realizuje, budując szpitale.
Dikembe Mutombo spędził w NBA 18 lat. Odnosił sukcesy m.in. w Denver Nuggets, Atlanta Hawks, Philadelphii 76ers i New Jersey Nets. To z nim wiąże się jeden z najpiękniejszych obrazków w historii play-offów NBA, jaki pamiętamy: rok 1994, pierwsza runda play-offów, końcowa syrena, wielki facet długo leży na plecach, kurczowo trzymając piłkę ponad głową, na twarzy maluje się pełnia szczęścia i najszerszy uśmiech świata. Denver Nuggets właśnie sprawili największą sensację w historii NBA, eliminując rozstawionych z jedynką Seattle Supersonics (tę wzruszającą scenkę można sobie przypomnieć w naszym blogu Supergigant.blox.pl).
Ostatnie pięć lat Dikembe spędził w Houston jako zmiennik Yao Minga. Karierę zamierzał zakończyć już po poprzednim, znakomitym sezonie okraszonym 22-meczową serią zwycięstw Rockets z rzędu, podczas której godnie zastępował kontuzjowanego Yao. Ale kiedy dowiedział się o niesnaskach w szatni na linii McGrady - Yao - Ron Artest, w grudniu dał się namówić władzom klubu na jeszcze jeden comeback: "Zrobię z tym porządek - może złapię kilku za łby, stuknę jednym o drugi i wszystko wróci do normy".
I wróciło. Rockets awansowali do play-offów z piątego miejsca na Zachodzie, w pierwszym wyjazdowym meczu pokonali Portland Trail Blazers. Mutombo zagrał jak młodzieniaszek, zebrał dziewięć piłek, zaliczył dwa bloki w 18 minut.
W pierwszej kwarcie meczu nr 2 Mutombo upadł na ziemię po niegroźnym starciu z młodszym o 22 lata Gregiem Odenem. 43-letnie kolano powiedziało dość. Koledzy znieśli płaczącego Mutombo na noszach z parkietu. Jego kariera koszykarska dobiegła końca.
Odchodzi wielki koszykarz o bardzo wielkim sercu. Mutombo tak tłumaczył, dlaczego zrezygnował z medycyny i został koszykarzem: "Kiedy podpisałem pierwszy wielomilionowy kontrakt z Denver Nuggets, zrozumiałem, że mogę bardziej pomóc moim rodakom, grając w koszykówkę, niż będąc lekarzem". I zamiast jak typowy koszykarz NBA wydawać swoje pensje na pałace, limuzyny i biżuterię, rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność charytatywną. W 1997 roku założył fundację własnego imienia, zbierając datki na walkę z biedą w Kongu. Adoptował czworo dzieci. Sfinansował wyjazd kobiecej koszykarskiej reprezentacji Konga na olimpiadę w Atlancie. Zorganizował program "Koszykówka bez granic", w ramach którego odbywał wraz z kolegami z NBA tournée po Afryce. Był rzecznikiem wielu organizacji charytatywnych, dostawał mnóstwo nagród za swoją działalność. Jak mówi: "Dzięki NBA otworzyło się przede mną wiele drzwi. Muszę pamiętać, żeby jak najwięcej ludzi miało szansę przejść przez te drzwi. To jest afrykański sposób na życie".

Trzy lata temu, po dziewięciu latach gromadzenia funduszy, sporów z władzami Konga o ziemię i samej budowy fundacja Mutombo otworzyła w Kinszasie, stolicy Konga, nowoczesny szpital na 300 łóżek - Biamba Marie Mutombo (imienia matki Dikembe, która zmarła 12 lat temu na atak serca, bo nie było dla niej miejsca w szpitalu). To pierwszy szpital zbudowany w Kinszasie od blisko 40 lat. Mutombo zapewnił ponad połowę z 29 mln dol., które pochłonęło całe przedsięwzięcie. Był szczęśliwy, bo spełniło się marzenie jego życia: "Kiedy złapiesz windę, która zawiezie cię na sam szczyt, nie zapomnij posłać jej z powrotem na dół, żeby ktoś jeszcze mógł nią wjechać. To mój sposób na posłanie windy z powrotem na dół".
Dikembe Mutombo nie będzie już mógł się realizować jako wielki koszykarz. Ale będzie miał mnóstwo czasu, żeby się realizować jako dobry człowiek.
PS Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie wspominamy najlepsze momenty z kariery Mutombo, jego charakterystyczny tubalny głos a la Lord Vader i poczucie humoru.

Kronika towarzyska
Kilka tygodni temu Dikembe Mutombo został ukarany przewinieniem technicznym i grzywną, bo z ławki narzekał na pracę arbitrów. Dziennikarze przyłapali go potem w szatni z komórką w dłoni: "Mam na linii komisarza Sterna. Powiem mu, że NBA nie potrzebuje mojego tysiąca dolarów grzywny. W Afryce jest mnóstwo głodnych dzieci i chyba nie chcecie zabierać im jedzenia?".
Ciekawostki
Dikembe naprawdę nazywa się Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamba Jean-Jacques Wamutombo.
Jest drugim najlepiej blokującym koszykarzem w historii NBA (3289 bloków), za Hakeemem Olajuwonem.
Czterokrotnie był wybierany na najlepszego obrońcę w NBA, ośmiokrotnie grał w Meczu Gwiazd.
Mówi płynnie po angielsku, francusku, hiszpańsku, portugalsku i w pięciu narzeczach afrykańskich.
Charakterystycznym gestem Dikembe był tzw. finger wag (merdający paluszek) następujący zazwyczaj po udanym bloku na przeciwniku. Symbolizował on przekaz: "nie w moim domu", bo teren wokół kosza drużyny Mutombo to teren należący do Mutombo. Gest ten narodził się w roku 1970 w Zairze. Czteroletni Mutombo przedrzeźniał swoją mamę, która zwracała mu uwagę, żeby nie drażnił starszego brata. Dziesięć lat później Dikembe po raz pierwszy zaprezentował merdający paluszek podczas meczu koszykówki nastolatków. I tak to trwało aż do ubiegłego tygodnia. Ciekawe, prawda?
Złota myśl
Pewnie nikt nie myślał, że tego wielkiego chłopa będą kiedyś znosić z parkietu na noszach. Odchodzę jak ranny żołnierz. Ale myślę, że to też była piękna chwila -pokazująca poświęcenie dla ligi, dla drużyny, dla kolegów z zespołu - Dikembe Mutombo.
I tego gościa z czystym sumieniem mogę nazwać wielkim sportowcem. Szacun.
niedziela, 15 lutego 2009
Bestia z plaży Omaha
Na portalu o2.pl odnalazłem świetny artykuł autorstwa Roberta Grąda. Pozwalam sobie przytoczyć go w całości, łącznie ze zdjęciami.
Bestia z plaży Omaha

Heinrich Severloh, były niemiecki gefrajter spod Hanoweru, został rozpoznany przez amerykańskich weteranów długo po wojnie. Dopiero wtedy mógł przyznać, że jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy żołnierzy lądujących w czerwcu 1944 roku na normandzkiej plaży.
Przedsionek piekła
Dziesiątki filmów dokumentalnych i fabularnych pokazują ten moment: łódź desantowa pełna żołnierzy z nasuniętymi na oczy hełmami, głuche uderzenie w piach, trzask opadającej burty, krzyki oficerów i tupot nóg, który zamienia się za chwilę w miękki szelest, gdy żołnierze wbiegają na piasek. Naprzeciw nich nie widać nic szczególnego, ot linia wydm porośniętych sinozieloną trawą. Nagle, jakby za dotknięciem różdżki złego czarodzieja, żołnierze zaczynają padać martwi, początkowo bezgłośnie, po kilku minutach narastają nieludzkie krzyki i wołania o pomoc, które mieszają się z wrzaskiem rozkazów. Tak zaczęło się piekło na plaży Omaha, widziane oczami Amerykanów.
Gdyby ktoś zrobił w zbliżeniu fotografię wydm, które widzieli Amerykanie stojący w łodziach desantowych, dostrzegłby dyskretnie wyglądające zza pagórków niemieckie hełmy. Nie było ich tam wiele, bo też nie potrzeba było zbyt wielu stanowisk ogniowych, by trzymać w szachu całą plażę Omaha. Uzbrojenie tych gniazd także nie było zbyt silne; składało się z broni maszynowej i gdzieniegdzie z lekkiej artylerii. Na każdym stanowisku jednak była wystarczająca ilość amunicji. Wystarczająca do tego, by zatrzymać Amerykanów. W jednym z takich gniazd siedział przy karabinie gefrajter Severloch, który miał wówczas 19 lat i został przydzielony do obrony wybrzeża w nagrodę. Wcześniej służył na froncie wschodnim, gdzie powoził saniami. Wyrażał się wówczas nie dość pochlebnie o swoich przełożonych i samym fuhrerze, za co skierowano go do kompanii karnej. Jakoś to przeżył i znalazł się w końcu w miejscu, które w całej tej upiornej wojnie wydawało mu się bezpieczne.
Dwa i pół tysiąca trupów
Dramat, który możemy oglądać w każdym niemal filmie o drugiej wojnie światowej, nie trwał wcale długo. Choć to, co pokazują filmowcy, przeciąga się w nieskończoność, a liczba zabitych każe wierzyć, że rzeź ta trwała co najmniej 24 godziny, jeśli nie dłużej. Prawda jest inna. Amerykanie likwidowali niemieckie punkty oporu jeden po drugim. Efekt tych działań był taki, że na plaży Omaha nie było już tak wielu amerykańskich trupów. Ostatnim gniazdem oporu, które zlikwidowali żołnierze wuja Sama, było stanowisko numer 62. Tam właśnie siedział gefrajter Severloh i prażył do jankesów z broni maszynowej. Nie został zabity ani wzięty do niewoli na swoim bojowym stanowisku, bo wtedy na pewno nie przeżyłby wojny; chłopcy z Teksasu na pewno rozwaliliby go na miejscu. To jego - nieświadomi, kim jest ani jak się nazywa - nazwali jankesi "Bestią z plaży Omaha".
Sam po latach tak wspominał swojego pierwszego Amerykanina: kiedy strzeliłem, spadł mu hełm, a on sam zachował się tak, jakby chciał go podnieść, ale ja wiedziałem, że on już jest martwy. Wiedziałem to od samego początku. Severloh czynnie uczestniczył
w odpieraniu ataków na wydmy przez cały czas trwania operacji na plaży Omaha, czyli przez dziewięć godzin, bo tylko tyle trwał ten wojenny epizod. Severloh sprawiał się tak dobrze w swojej robocie, że jego koledzy zajmowali się właściwie tylko donoszeniem mu amunicji. Przerwy w strzelaniu robił jedynie, gdy lufa karabinu była tak gorąca, że uniemożliwiało to celne strzelanie. Obliczono później, że dzielny gefrajter wystrzelał w kierunku jankesów ponad dwanaście tysięcy nabojów. Po wojnie szacowano liczbę jego ofiar na dwa do dwóch i pół tysiąca zbitych. On sam nigdy nie liczył zabitych własną ręką ludzi. Wiedział jednak, że było ich bardzo wielu.

Odwrót
Dowódca gefrajtra Severloha, porucznik Frerking, który koordynował ogień ze stanowiska numer 62, zorientował się w końcu, że on i Severloh są jedynymi Niemcami, jacy pozostali na plaży Omaha. Wydał więc swemu podkomendnemu rozkaz, by się wycofał, bo dalsze strzelanie nie ma już sensu. Dziewiętnastoletni podoficer ruszył w kierunku najbliższej wioski, pozostawiając swego dowódcę na stanowisku. Wtedy widział go po raz ostatni, ponieważ porucznik zginął w następnej chwili, kiedy chciał już opuścić ostanie niemieckie gniazdo oporu.
Severloh dostał się do amerykańskiej niewoli. Nikt go nie rozpoznał i nie dochodził na nim zemsty za to, co robił na plaży Omaha. On sam w tamtym czasie nie miał wyrzutów sumienia. Przecież wykonywał tylko rozkazy. Amerykanie, gdyby ich postawiono na jego miejscu, robiliby to samo, a może nawet więcej. W czasie swojego pobytu w niewoli Severloh przebywał w Wielkiej Brytanii, gdzie budował drogi, i w USA, gdzie zatrudniono go na polach bawełny. Na wolność wyszedł w 1947 roku za wstawiennictwem ojca, który napisał list do brytyjskich i amerykańskich władz wojskowych z prośbą o ułaskawienie syna. Po wojnie Heinrich Severloh ożenił się i osiadł w swej rodzinnej miejscowości w pobliżu Hanoweru. Nie wspominał o swoich przeżyciach z czasu lądowania aliantów w Normandii, nie mówił o tym nikomu, nawet żonie. Dopiero gdy wiele lat później czytał książkę na temat tych wydarzeń, zapragnął powrócić do tamtych czasów i rozliczyć się z bolesnymi wspomnieniami. W publikacji, która tak go poruszyła, znalazł nazwisko Da Silva; był to amerykański żołnierz, obecny wtedy na plaży, który wspominał "Bestię", nie wiedząc oczywiście, kto tak naprawdę kryje się za tym określeniem. Severloh postanowił się z nim spotkać i napisał do Da Silvy list.
Obaj panowie spotkali się na omiatanej chłodnym wiatrem plaży i padli sobie w ramiona. Mieli ponad siedemdziesiąt lat. Severloh był wysoki i miał długi niearyjski nos, Da Silva był drobnym, uśmiechniętym staruszkiem. Severloh poprosił Amerykanina o wybaczenie i absolucja została mu udzielona. Niezrozumiała dziś dla nas wydaje się chęć doliczenia się przez weteranów ofiar Severloha, podano bowiem w wątpliwość liczbę zabitych przez niego żołnierzy. Na całej plaży Omaha zginęło tamtego czerwcowego dnia około 2400 żołnierzy. Severloh zabił ich więc z pewnością znacznie mniej.
Da Silva, który po wylądowaniu złożył Bogu ślub, że jeśli przeżyje to piekło, zostanie kapelanem, dotrzymał słowa. Przez wiele lat służył w Niemczech i wspomagał duchowo żyjących tam amerykańskich żołnierzy. Pod koniec życia przyszło mu wyspowiadać człowieka, który o mało nie wyprawił go na tamten świat.
Gefrajter Severloh zmarł w miejscowości Lachendorf. Przed śmiercią mówił, że widzi wyraźnie porucznika Frerkinga, który otrzymał postrzał w głowę, oraz pierwszego amerykańskiego żołnierza, który padł od jego kul.
Bestia z plaży Omaha
Heinrich Severloh, były niemiecki gefrajter spod Hanoweru, został rozpoznany przez amerykańskich weteranów długo po wojnie. Dopiero wtedy mógł przyznać, że jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy żołnierzy lądujących w czerwcu 1944 roku na normandzkiej plaży.
Przedsionek piekła
Dziesiątki filmów dokumentalnych i fabularnych pokazują ten moment: łódź desantowa pełna żołnierzy z nasuniętymi na oczy hełmami, głuche uderzenie w piach, trzask opadającej burty, krzyki oficerów i tupot nóg, który zamienia się za chwilę w miękki szelest, gdy żołnierze wbiegają na piasek. Naprzeciw nich nie widać nic szczególnego, ot linia wydm porośniętych sinozieloną trawą. Nagle, jakby za dotknięciem różdżki złego czarodzieja, żołnierze zaczynają padać martwi, początkowo bezgłośnie, po kilku minutach narastają nieludzkie krzyki i wołania o pomoc, które mieszają się z wrzaskiem rozkazów. Tak zaczęło się piekło na plaży Omaha, widziane oczami Amerykanów.
Gdyby ktoś zrobił w zbliżeniu fotografię wydm, które widzieli Amerykanie stojący w łodziach desantowych, dostrzegłby dyskretnie wyglądające zza pagórków niemieckie hełmy. Nie było ich tam wiele, bo też nie potrzeba było zbyt wielu stanowisk ogniowych, by trzymać w szachu całą plażę Omaha. Uzbrojenie tych gniazd także nie było zbyt silne; składało się z broni maszynowej i gdzieniegdzie z lekkiej artylerii. Na każdym stanowisku jednak była wystarczająca ilość amunicji. Wystarczająca do tego, by zatrzymać Amerykanów. W jednym z takich gniazd siedział przy karabinie gefrajter Severloch, który miał wówczas 19 lat i został przydzielony do obrony wybrzeża w nagrodę. Wcześniej służył na froncie wschodnim, gdzie powoził saniami. Wyrażał się wówczas nie dość pochlebnie o swoich przełożonych i samym fuhrerze, za co skierowano go do kompanii karnej. Jakoś to przeżył i znalazł się w końcu w miejscu, które w całej tej upiornej wojnie wydawało mu się bezpieczne.
Dwa i pół tysiąca trupów
Dramat, który możemy oglądać w każdym niemal filmie o drugiej wojnie światowej, nie trwał wcale długo. Choć to, co pokazują filmowcy, przeciąga się w nieskończoność, a liczba zabitych każe wierzyć, że rzeź ta trwała co najmniej 24 godziny, jeśli nie dłużej. Prawda jest inna. Amerykanie likwidowali niemieckie punkty oporu jeden po drugim. Efekt tych działań był taki, że na plaży Omaha nie było już tak wielu amerykańskich trupów. Ostatnim gniazdem oporu, które zlikwidowali żołnierze wuja Sama, było stanowisko numer 62. Tam właśnie siedział gefrajter Severloh i prażył do jankesów z broni maszynowej. Nie został zabity ani wzięty do niewoli na swoim bojowym stanowisku, bo wtedy na pewno nie przeżyłby wojny; chłopcy z Teksasu na pewno rozwaliliby go na miejscu. To jego - nieświadomi, kim jest ani jak się nazywa - nazwali jankesi "Bestią z plaży Omaha".
Sam po latach tak wspominał swojego pierwszego Amerykanina: kiedy strzeliłem, spadł mu hełm, a on sam zachował się tak, jakby chciał go podnieść, ale ja wiedziałem, że on już jest martwy. Wiedziałem to od samego początku. Severloh czynnie uczestniczył
w odpieraniu ataków na wydmy przez cały czas trwania operacji na plaży Omaha, czyli przez dziewięć godzin, bo tylko tyle trwał ten wojenny epizod. Severloh sprawiał się tak dobrze w swojej robocie, że jego koledzy zajmowali się właściwie tylko donoszeniem mu amunicji. Przerwy w strzelaniu robił jedynie, gdy lufa karabinu była tak gorąca, że uniemożliwiało to celne strzelanie. Obliczono później, że dzielny gefrajter wystrzelał w kierunku jankesów ponad dwanaście tysięcy nabojów. Po wojnie szacowano liczbę jego ofiar na dwa do dwóch i pół tysiąca zbitych. On sam nigdy nie liczył zabitych własną ręką ludzi. Wiedział jednak, że było ich bardzo wielu.
Odwrót
Dowódca gefrajtra Severloha, porucznik Frerking, który koordynował ogień ze stanowiska numer 62, zorientował się w końcu, że on i Severloh są jedynymi Niemcami, jacy pozostali na plaży Omaha. Wydał więc swemu podkomendnemu rozkaz, by się wycofał, bo dalsze strzelanie nie ma już sensu. Dziewiętnastoletni podoficer ruszył w kierunku najbliższej wioski, pozostawiając swego dowódcę na stanowisku. Wtedy widział go po raz ostatni, ponieważ porucznik zginął w następnej chwili, kiedy chciał już opuścić ostanie niemieckie gniazdo oporu.
Severloh dostał się do amerykańskiej niewoli. Nikt go nie rozpoznał i nie dochodził na nim zemsty za to, co robił na plaży Omaha. On sam w tamtym czasie nie miał wyrzutów sumienia. Przecież wykonywał tylko rozkazy. Amerykanie, gdyby ich postawiono na jego miejscu, robiliby to samo, a może nawet więcej. W czasie swojego pobytu w niewoli Severloh przebywał w Wielkiej Brytanii, gdzie budował drogi, i w USA, gdzie zatrudniono go na polach bawełny. Na wolność wyszedł w 1947 roku za wstawiennictwem ojca, który napisał list do brytyjskich i amerykańskich władz wojskowych z prośbą o ułaskawienie syna. Po wojnie Heinrich Severloh ożenił się i osiadł w swej rodzinnej miejscowości w pobliżu Hanoweru. Nie wspominał o swoich przeżyciach z czasu lądowania aliantów w Normandii, nie mówił o tym nikomu, nawet żonie. Dopiero gdy wiele lat później czytał książkę na temat tych wydarzeń, zapragnął powrócić do tamtych czasów i rozliczyć się z bolesnymi wspomnieniami. W publikacji, która tak go poruszyła, znalazł nazwisko Da Silva; był to amerykański żołnierz, obecny wtedy na plaży, który wspominał "Bestię", nie wiedząc oczywiście, kto tak naprawdę kryje się za tym określeniem. Severloh postanowił się z nim spotkać i napisał do Da Silvy list.
Obaj panowie spotkali się na omiatanej chłodnym wiatrem plaży i padli sobie w ramiona. Mieli ponad siedemdziesiąt lat. Severloh był wysoki i miał długi niearyjski nos, Da Silva był drobnym, uśmiechniętym staruszkiem. Severloh poprosił Amerykanina o wybaczenie i absolucja została mu udzielona. Niezrozumiała dziś dla nas wydaje się chęć doliczenia się przez weteranów ofiar Severloha, podano bowiem w wątpliwość liczbę zabitych przez niego żołnierzy. Na całej plaży Omaha zginęło tamtego czerwcowego dnia około 2400 żołnierzy. Severloh zabił ich więc z pewnością znacznie mniej.
Da Silva, który po wylądowaniu złożył Bogu ślub, że jeśli przeżyje to piekło, zostanie kapelanem, dotrzymał słowa. Przez wiele lat służył w Niemczech i wspomagał duchowo żyjących tam amerykańskich żołnierzy. Pod koniec życia przyszło mu wyspowiadać człowieka, który o mało nie wyprawił go na tamten świat.
Gefrajter Severloh zmarł w miejscowości Lachendorf. Przed śmiercią mówił, że widzi wyraźnie porucznika Frerkinga, który otrzymał postrzał w głowę, oraz pierwszego amerykańskiego żołnierza, który padł od jego kul.
poniedziałek, 17 listopada 2008
Cud? A może efekt działalności Szatana?
Za niewiarygodne.pl:
Rosja: ukradziono kościół
Kapłani przecierali oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że kościół, którego działalność miała zostać wznowiona, został skradziony. Nie, nie chodzi wyłącznie o kradzież wyposażenia świątyni, ale o kradzież całego kościoła. Rosyjska policja już wszczęła śledztwo, a głównymi podejrzanymi są mieszkańcy pobliskiej wsi.
Skradziony kościół to 200-letnia cerkiew, która przez długi czas służyła jako szkoła dla chorych dzieci. Władze kościoła chciały jednak, by dwupiętrowy budynek znów pełnił funkcję domu modlitwy. Gdy przedstawiciele kościoła prawosławnego pojawili się na miejscu, okazało się, że wszelkie plany można schować do szuflady. Budynku już nie było. Agencja "The Associated Press" podała, że kościół widziano po raz ostatni w lipcu. Prawdopodobnie trzy miesiące później, w jego pobliżu zaczęli kręcić się mieszkańcy podmoskiewskiej wsi Komarowo. Wszystko wskazuje na to, że "zwąchali" oni niezły interes i postanowili rozmontować zabytek. Według księdza Witalija, przedsiębiorczy wieśniacy zdemontowali budowlę, cegła po cegle, a potem sprzedali budulec jakiemuś biznesmenowi, w cenie 1 rubla za sztukę.

Kościół Zmartwychwstania oparł się wielu zawieruchom i przetrwał ciężkie czasy komunizmu. Teraz, kiedy wydawało się, że najgorsze ma już za sobą, przestał istnieć za sprawą tych, którzy mienią się ludźmi wierzącymi. Jednak ksiądz Witalij nie pozostawia grabieżcom żadnych wątpliwości. "Ci ludzie dopuścili się bluźnierstwa, a to jest grzech ciężki" - mówi kapłan. Dodatkowo ludzie ci muszą liczyć się z konsekwencjami prawnymi, jakie na pewno ich nie miną.
To nie pierwszy kościół, który nagle zniknął w Rosji. Chyba najbardziej spektakularna likwidacja cerkwi miała miejsce w 1931 r., kiedy na żądanie władz komunistycznych zrównano z ziemią Cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Moskwie - największą tego typu budowlę na świecie. Zanim ją odbudowano, w jej miejscu funkcjonował m.in. basen. Ciekawe, jakie plany mają mieszkańcy Komarowa.
Parafrazując znane powiedzonko: przyjedź do Rosji - Twój kościół już tam jest.
Rosja: ukradziono kościół
Kapłani przecierali oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że kościół, którego działalność miała zostać wznowiona, został skradziony. Nie, nie chodzi wyłącznie o kradzież wyposażenia świątyni, ale o kradzież całego kościoła. Rosyjska policja już wszczęła śledztwo, a głównymi podejrzanymi są mieszkańcy pobliskiej wsi.
Skradziony kościół to 200-letnia cerkiew, która przez długi czas służyła jako szkoła dla chorych dzieci. Władze kościoła chciały jednak, by dwupiętrowy budynek znów pełnił funkcję domu modlitwy. Gdy przedstawiciele kościoła prawosławnego pojawili się na miejscu, okazało się, że wszelkie plany można schować do szuflady. Budynku już nie było. Agencja "The Associated Press" podała, że kościół widziano po raz ostatni w lipcu. Prawdopodobnie trzy miesiące później, w jego pobliżu zaczęli kręcić się mieszkańcy podmoskiewskiej wsi Komarowo. Wszystko wskazuje na to, że "zwąchali" oni niezły interes i postanowili rozmontować zabytek. Według księdza Witalija, przedsiębiorczy wieśniacy zdemontowali budowlę, cegła po cegle, a potem sprzedali budulec jakiemuś biznesmenowi, w cenie 1 rubla za sztukę.

Kościół Zmartwychwstania oparł się wielu zawieruchom i przetrwał ciężkie czasy komunizmu. Teraz, kiedy wydawało się, że najgorsze ma już za sobą, przestał istnieć za sprawą tych, którzy mienią się ludźmi wierzącymi. Jednak ksiądz Witalij nie pozostawia grabieżcom żadnych wątpliwości. "Ci ludzie dopuścili się bluźnierstwa, a to jest grzech ciężki" - mówi kapłan. Dodatkowo ludzie ci muszą liczyć się z konsekwencjami prawnymi, jakie na pewno ich nie miną.
To nie pierwszy kościół, który nagle zniknął w Rosji. Chyba najbardziej spektakularna likwidacja cerkwi miała miejsce w 1931 r., kiedy na żądanie władz komunistycznych zrównano z ziemią Cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Moskwie - największą tego typu budowlę na świecie. Zanim ją odbudowano, w jej miejscu funkcjonował m.in. basen. Ciekawe, jakie plany mają mieszkańcy Komarowa.
Parafrazując znane powiedzonko: przyjedź do Rosji - Twój kościół już tam jest.
środa, 7 listopada 2007
Uczłowieczanie bogów
W Indiach zoperowano dziś dwuletnią dziewczynkę, która urodziła się z dwoma bonusowymi rękoma i dwoma bonusowymi nogami. Oprócz tego ma ona podwójne niektóre narządy wewnętrzne. Ponoć jest to pozostałość po bliźniaczym płodzie, który przestał się rozwijać w łonie matki i został "wchłonięty". Whatever.
Mnie skłoniło do zastanowienia coś innego w tej historii. Otóż dziewczynka ma na imię Lakszmi, na cześć indyjskiej bogini, która również miała o 100% więcej rąk. Dziecko zostało nawet w swojej wiosce okrzyknięte wcieleniem bogini. A teraz to małe bóstwo zostało uczłowieczone przez 30 lekarzy. Osobiście nie wierzę w wersję o ponownym przyjściu na świat Lakszmi, jednak zastanowiło mnie to. Gdyby nagle na naszej planecie pojawił się sam Szatan, Diabeł, Boruta, Lucyfer czy jak mu tam, to pewnie też byśmy go zoperowali. Ucięlibyśmy ogon, rogi, przeszczepilibyśmy skórę żeby miała bardziej naturalny kolor, pozbawilibyśmy go jeszcze kopyt i zamontowalibyśmy w ich miejsce gustowne protezy. Siedziałby tak biedny, w nieswoim już właściwie ciele i zastanawiałby się, kto tu właściwie jest wszechmocny.
Za dużo wczoraj wypiłem...
Inna sprawa. Moje zdolności wyszukiwania muzyki znów dają o sobie znać. Odkryłem dla siebie trzy nieznane mi wcześniej kapele, każda ze wszech miar godna polecenia. Są to metalcore'owy Faust Again, Concrete, których muzyka kojarzy mi się z Fear Factory i Soilwork i hardcore'owy Preshrunk. Wszystkie pewnie pojawią się w mojej jutrzejszej Audycji Pornograficznej- godzina 18, www.wolnachata.com. Zapraszam.

Obrazek jest świetny, pochodzi ze strony deviantart.com. Jego autorem jest ~tobiee. Polecam stronkę.
Mnie skłoniło do zastanowienia coś innego w tej historii. Otóż dziewczynka ma na imię Lakszmi, na cześć indyjskiej bogini, która również miała o 100% więcej rąk. Dziecko zostało nawet w swojej wiosce okrzyknięte wcieleniem bogini. A teraz to małe bóstwo zostało uczłowieczone przez 30 lekarzy. Osobiście nie wierzę w wersję o ponownym przyjściu na świat Lakszmi, jednak zastanowiło mnie to. Gdyby nagle na naszej planecie pojawił się sam Szatan, Diabeł, Boruta, Lucyfer czy jak mu tam, to pewnie też byśmy go zoperowali. Ucięlibyśmy ogon, rogi, przeszczepilibyśmy skórę żeby miała bardziej naturalny kolor, pozbawilibyśmy go jeszcze kopyt i zamontowalibyśmy w ich miejsce gustowne protezy. Siedziałby tak biedny, w nieswoim już właściwie ciele i zastanawiałby się, kto tu właściwie jest wszechmocny.
Za dużo wczoraj wypiłem...
Inna sprawa. Moje zdolności wyszukiwania muzyki znów dają o sobie znać. Odkryłem dla siebie trzy nieznane mi wcześniej kapele, każda ze wszech miar godna polecenia. Są to metalcore'owy Faust Again, Concrete, których muzyka kojarzy mi się z Fear Factory i Soilwork i hardcore'owy Preshrunk. Wszystkie pewnie pojawią się w mojej jutrzejszej Audycji Pornograficznej- godzina 18, www.wolnachata.com. Zapraszam.

Obrazek jest świetny, pochodzi ze strony deviantart.com. Jego autorem jest ~tobiee. Polecam stronkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










